Strony

wtorek, 17 marca 2015

Happy St Patrick's Day!


17 marca wypada irlandzkie święto świętego Patryka, patrona Irlandii. Jako, że w USA, a zwłaszcza w Chicago jest to hucznie obchodzone święto, chciałabym Wam dziś tu o tym opowiedzieć. Przynajmniej raz będzie bardziej aktualna notka :) Chicago świętowało już w sobotę, ale o tym zaraz! Najpierw co nieco o samej tradycji.

Czemu 17 marca? To dzień śmierci św. Patryka. Znak rozpoznawczy tego święta to kolor zielony (narodowa barwa Irlandii), a zwłaszcza zielona koniczynka. Czemu koniczynka? Z tym wiążę się legenda, wg której św Patryk wykorzystał właśnie tą roślinkę, by wyjaśnić pierwszym irlandzkim chrześcijanom dogmat o Trójcy Świętej. Nie mogli oni pojąć, jak to możliwe, że są Trzy Osoby Boskie, a jednocześnie są one jednym Bogiem. Nigdy się nad tym nie zastanawiałam, ale rzeczywiście koniczynka jest dobrym przykładem ilustrującym to. Nie uważacie?

Inna legenda dotyczy tradycji picia whiskey (nie zielonego piwa! którego zwyczaj picia został stworzony w USA, a teraz ma charakter typowo turytyczny, więc przywędrował i do Irlandii). Także w dniu tego święta, każdy powinien wypić szklankę whiskey. Wg legendy święty Patryk nastraszył pewną karczmarkę, która nie dolewała pełnej miarki trunku, że przez to pojawią się w jej karczmie potwory. Wystraszona kobieta od tego czasu zawsze napełniała szklanice do pełna.
By uczcić dzień św. Patryka, w wielu krajach na świecie coraz popularniejsze staje się farbowanie znanych miejsc na zielono. W związku z tym zielone stawały się takie obiekty jak:  (znalazłam kilka zdjęć w internecie, to tak w ramach ciekawostki:) )
  • wodospad Niagara

 

  •  London Eye

 

  • Disneyland

  

  • Piramidy i Sfinks w Egipcie

 

  • Opera w Sydney  
  • Kolosseum w Rzymie
  •  Burdż al-Arabw Dubaju 

Przykładów jest oczywiście więcej, tutaj możecie znaleźć trochę informacji na ten temat.
Zielone oczywiście jest też Chicago! I to jest główny punkt tego posta :)
Zaczynając od początku! St Patrick's Day jest hucznie obchodzony w Chicago. Mieszka tu wielu Irlandczyków. Wybrałam się z koleżankami do Chicago na słynną i od dawna oczekiwaną paradę z tej okazji. Już czekając na pociąg wszędzie dało się zauwazyć ludzi w zielonych strojach. Pociąg przepełniony ludźmi, co niektórzy już w bardzo wesołym humorze z butelkami w papierowych torbach w rękach. Wysiadłyśmy na dworcu w downtown, i od razu zobaczyłyśmy tłumy zmierzające w jedną stronę. Wszędzie dało się wyczuć zapach marihuany. I tak sobie szłyśmy do centrum, narzekając jak stare babcie, że to nie dla nas :P Ale nad czym ubolewałam razem z Anną, bo obie zróciłysmy uwagę na to. Amerykanie mają ubogą kulturę, nie uważacie? Wszystko zapożyczają od innych narodów... zapewne dlatego, że sami są jedną wielką mieszanką wszystkich narodowości. A każda okazja jest dobra by świętować.  Ale jak tu czuć jakąś przynależność... Wszyscy świętują Boże Narodzenie, chociaż to święto religijne, ale przecież prezenty najważniejsze! Teraz to samo z Wielkanocą...wszystko tutaj to jedna, wielka komercja. Takie odnoszę wrażenie. Tym razem na ulicach skandowano "jUeSeJ, jUeSeJ, jUeSeJ"... jakoś mi to nie pasowało, bo to nie ich tradycja, tylko Irlandczyków, więc z czego chcą być dumni? Z tego, że świętują cudze święta? No nie wiem... każdy ma swoje zdanie i niech tak zostanie :) Nietety parady nie udało nam się zobaczyć, bo mimo przedzierania się przez dzikie tłumy ludzi, w smrodzie wódki, piwa i maryśki, nie udało dopchać się nam do takiego miejsca, żeby tę paradę zobaczyć. Uważam, że organizacją się nie popisali, bo pozamykali parki, niektóre ulice, nawet dla ludzi, przez co tylko utrudnili poruszanie się. Masakra, i proszę, nigdy więcej. Miałam ze sobą aparat, a nawet nie chciało mi się go przez to wyciągać. Także parady Wam nie pokażę;/ Za to poszłyśmy na długi spacer, podziwiać zieloną rzekę, która została specjalnie 'pokolorowana'. Potem tradycyjnie lunch w Panera Bread, a potem jeszcze spacerkiem na plażę i Navy Pier, i wróciłyśmy przez całe downtown na stację, by złapać pociąg. Ale zanim dotarłyśmy do domu, wysiadłyśmy 3 stacje wcześniej, by posiedzieć w irlandzkim barze ze znajomymi :) Chyba nie muszę mówić, jak wesołe towarzystwo wszędzie było. 
Ok, koniec gadania! Czas na zdjęciową relację i zielone Chicago! :)
Dzień zaczęłyśmy jak zwykle od pysznego śniadanka w domu Anny, tym razem tosty francuskie z owocami!



Dziewczyny coś wzięło na jogę, i w piątek jeszcze po północy się gimnastykowały, a potem i mnie męczyły. Także czekając na pociąg: 

O tyle udało nam się zobaczyć z 'parady':


Ale chociaż zielona rzeka i piękna pogoda wszystko wynagrodziły. Piękne widoki miałyśmy tego dnia.














6 miesięcy z Anną!

i fasolką :)

Przerwa na lunch:

Zmęczone, najedzone, czas sprawdzić na fejsie, kto gdzie jest, i co robi :P koleżanki na bieżąco dodawały zdjęcia z downtown hehe dalej mnie to bawi, że wszystkie dziewczyny z Brazylii wrzucają tyle zdjęć, i to niemal na bieżąco! :P


Tak sobie siedziałyśmy, i w tym czasie 3 chłopaków próbowało nas poderwać na tekst, że niby gdzieś chodziłam z nimi na zajęcia :P haha 

Po zasłużonym odpoczynku, wybrałyśmy się na spacer w kierunku Navy Pier, zaliczając pierwszy raz w tym roku plażę! :) ale o tym następnym razem! 

Po drodze niestety miałyśmy 'okazję' zobaczyć, jak wygląda miasto po tym szturmie:



Wszędzie śmieci, śmieci... Nigdy w życiu nie widziałam takiego syfu w mieście, jak tym razem. I to co jest uwiecznione na zdjęciach to nic, uwierzcie.

Na koniec jeszcze zdjęcia z irlandzkiego baru:



 I tyle na temat tego zielonego dnia :) Nie wiem czy w innych miastach USA tak samo hucznie się to obchodzi, wiem że są też parady, ale na Facebooku przynajmniej tylko aupairki z Chicagolandu szalały do zieloności :) A Wy świętowałyście? Dajcie znać!

Buziaki! :)

Połowa!



W zeszłym tygodniu minęło 6 miesięcy od kiedy weszłam na pokład Dreamlinera w kierunku Nowego Jorku. 6 miesięcy, na które tak bardzo czekałam :) Czemu? Bo zbiega się to z końcem zimy, i lżej człowiekowi, jak wie, że już 'z górki' :) Czas dalej szybko leci, a wiem, że teraz będzie jeszcze szybciej! Bardzo, bardzo się cieszę, że wiosna zawitała w końcu i do Chicago (wreszcie mogę małą zabierać na spacery!), a styczeń i luty już za nami, bo zawsze ta pora roku działa na mnie jakoś depresyjnie. 

Ostatnie podsumowie (po 3 miesiącach) znajdziecie tutaj (klik). I szczerze od tego czasu moje zdanie o Ameryce się nie zmieniło. 
W ciągu tych kolejnych 3 miesięcy w sumie całkiem sporo podróżowałam. Generalnie zaliczyłam już 11 stanów + Waszyngton DC. Super byłoby utrzymać tempo 2 stany/miesiąc, ale nie wydaje mi się to realne :P Planuję wkrótce opisać tutaj co nieco. Zima całkiem szybko mi minęła, bo 3 razy w tygodniu, zaraz po pracy, jeździłam na zajęcia (hiszpański i hula hoop). Także nie bardzo miałam nawet czas, żeby spotykać się z kimś po pracy, czy odpisywać na wiadomości nawet, a co dopiero pisac na blogu... Jednak chcę do tego wrócić, bo wiem, że to dobra forma uwiecznienia wszystkiego. W końcu też zakupiłam aparat, więc zdjęcia będą lepszej jakości :)

Jeśli chodzi o aupairowanie... Muszę przyznać, że bardziej czuję się jak mama, niż au pair, no ale cóż..
Wiem już dokładnie jak wygląda wychowywanie dzieci, i wiem, że nie jest to łatwy kawałek chleba.Ale z tego zdawałam sobie sprawę już wcześniej. Wiem też, że poradziłabym sobie, gdybym nią była.  Jednak denerwujące jest to, kiedy wiesz, że to ty bardziej wychowujesz cudze dziecko, niż rodzice...no ale cóż. My tu jesteśmy na rok, robimy, co do nas należy i tyle. Opiekując się 2latką muszę poświęcić jej dużo uwagi, cierpliwości..ale po tych 6 miesiącach widzę ogromne owoce swojej pracy. Dosłownie. Widzę, jak się rozwija każdego dnia, jak rozwija swoje umiejętności. Kiedy przyjechałam tutaj, znała kilka słow. Teraz można z nią właściwie rozmawiać. Dalej niesamowite wydaje mi się to, że w wieku 2 lat zna wszystkie literki, liczby do 10, i umie liczyć sama do pięciu! A dopiero co skończyła 2 latka. O tym, ile zwierząt potrafi naśladować już nie wspomnę. Ostatnio też okazało się, że zna z każdej książki, z każdej strony przynajmniej jedno słowo, więc zanim ja zacznę czytać, to ona mówi o czym to będzie. Niesamowite:) I to jest piękne, że widzę, że rzeczywiście moja praca przynosi efekty. Nie jest to tylko siedzenie z dzieckiem od - do. Ale kształtowanie tej małej osóbki. Cieszę sie tym bardziej, że hości to doceniają (przynajmniej tak mówią, chociaż tyle...). Nawet dziś o tym rozmawialiśmy. 

Generalnie wszystko u mnie w porządku. I jeśli ktoś się o mnie martwi, to nie ma potrzeby - daję radę :)  Teraz czas zacząć się zastanawiać, czy wracać, czy przedłużać... Co wcale nie jest ani proste, ani oczywiste..

Pozdrowienia z Chicago! :)

środa, 11 lutego 2015

Podsumowanie 2014...

Witam wszystkich w Nowym Roku!

Mam nadzieję, że dla wszystkich będzie on kolejnym, szczęśliwym rokiem spełnionych marzeń! Niech będzie lepszy od poprzedniego, albo chociaż tak samo dobry. 
Pamiętam, jak dopiero co robiłam podsumowanie roku 2013 (klik), a tu już czas na kolejne! Czas leci jak szalony, życie przecieka nam przez palce, dlatego SPEŁNIAJCIE MARZENIA!
To podsumowanie powinno się tu pojawić już na początku stycznia, jednak nie wszystko jest takie proste, jak się wydaje. Przygotowanie podsumowania jest bardzo czasochłonne, bo trzeba sobie przypomnieć cały poprzedni rok, wybrać najważniejsze wydarzenia i poprzeć je zdjęciami. Jednak w zeszłym roku się tego podjęłam i bardzo mi się to podobało! Dzięki temu dostrzegłam jak cudowny miałam rok, ile marzeń spełniłam, ile dobrego mnie spotkało. To świetna okazja do refleksji, wspomnień i uświadomienia sobie, jak wygląda nasze życie. Zeszłoroczne podsumowanie uświadomiło mi, jak bardzo jestem szczęśliwa. Dlatego też w tym roku postanowiłam zrobić to samo:)

STYCZEŃ

Styczeń jak zwykle był dla mnie najcięższym miesiącem roku, bez niczego ekscytującego. Jak u każdego studenta upłynął pod znakiem zaliczeń, projektów, kolokwiów i egzaminów. Do tej pory nie wiem, jak to zrobiłam, ale zaliczyłam wszystko bez żadnej poprawki. Ba! Nawet najtrudniejszy egzamin u wykładowcy - legendy. Kluczem do sukcesu było zapewne to, że wszystkie myśli dotyczące ekscytujących planów na ten rok odłożyłam na później, po to by się skupić na zaliczeniach.

LUTY

W lutym miałam zamiar nadrobić wszystkie zaległości filmowo-książkowe, i po prostu zupełnie się odstresować, jako że miałam mieć dość dużo wolnego czasu. Ale nic z tych rzeczy! A zamiast odstresować się, zaliczyłam najbardziej stresujący tydzień w moim życiu jako wychowawca kolonijny. Od dawna chciałam to zrobić, ale dopóki człowiek nie znajduje się na tej pozycji, nie zdaje sobie sprawy jak wielką odpowiedzialność bierze na swoje barki. W dodatku okazało się, że jednak muszę ukończyć specjalny kurs, więc robiłam to tempie ekspresowym! Ale kolejne marzenie spełnienione:) A tydzień w górach z dzieciakami to jedno z najlepszych wspomnień ubiegłego roku:)


W lutym też zabrałam się za formalności dotyczące wyjazdu jako au pair. Zapisałam się też na wolontariat na Uniwersytecie Dzieci, co było kolejnym mega doświadczeniem (także w celu zebrania dodatkowych referencji). Polecam każdemu!

MARZEC

Na początku marca zaliczyłam chrzciny bratanka, a pod koniec miesiąca na świecie powitaliśmy moją bratanicę:) 

Rodzina w zeszłym roku bardzo się powiększyła:) Zaczęłam kręcenie filmiku do aplikacji au pair, nad którym musiałam spędzić duuuużo czasu. Nieoceniona okazała się pomoc mojej przyjaciółki i brata - dziękuję! :* 


Wzięłam udział w pierwszym spotkaniu z dziećmi jako wolontariusz Uniwersytetu. Do tej pory pamiętam to spotkanie i jego temat "Jak wpływać na decyzje urzędników?". 
.
No i w końcu zaczęłam ostatni semestr moich studiów!

KWIECIEŃ

Na początku miesiąca zaliczyłam interview w APiA, i cały miesiąc czekałam (nie)cierpliwie na otwarcie roomu. Poza tym miesiąc upłynął mi na weekendowych spotkaniach na wolontariacie, które naprawdę sprawiały mi sporo radości. I nie miałam żadnego problemu z pobudką o 6 rano w każdą wolną sobotę;) 


A pod koniec miesiąca mieliśmy nasz studencki Bal Licencjata.

MAJ

W maju w końcu zostałam mamą chrzestną małego przystojniaczka <3 


Oficjalnie zaczęłam poszukiwania host rodzinki w USA, i szybko też ją znalazłam. Dalej sobie 'wolontariatowałam'. Zaliczyłam wycieczkę z przyjaciółką do Krakowa (link), którą bardzo miło wspominam. No i jeszcze jedne chrzciny, jakby było mało:)


CZERWIEC

Kolejny czerwiec pod znakiem sesji... ale znów się udało!:) Kolejny wyjazd do Krakowa, ale tym razem sama. Nie byłam zbyt szczęśliwa na myśl samotnej podróży, ale już w Warszawie usiadł koło mnie starszy Kanadyjczyk, który robił round tripa po Polsce (Gdańsk-Warszawa-Kraków-Wrocław-Poznań-Szczecin). Przegadaliśmy całą drogę! Umocniło mnie to na duchu, że z moim angielskim nie jest tak źle i że dam radę w USA:) Zrobił oczywiście pamiątkowe wspólne selfie, ale ja gapa nie poprosiłam o przesłanie, ani o żaden kontakt:/ W Krakowie wreszcie osobiście poznałam Agatę, która aupairuje w Chicago. A w kolejnym tygodniu poznałam kolejne przyszłe aupairki, które odwiedziły Warszawę w związku z rozmową o wizę.

W połowie miesiąca uczestniczyłam w Pikniku z ramienia wolontariatu, gdzie zostałam nagrodzona za swoją pracę, co było dla mnie dużym zaskoczeniem:) Kilka tygodni wspólnej pracy, mnóstwo nowych, sympatycznych znajomości i wiele radości! W czerwcu również obchodziłam swoje urodziny, ale przez sesję nie mogłam ich odpowiednio świętować. A zaraz potem znalazłam swoją hiszpańską host rodzinkę!:)

LIPIEC

Lipiec to 2 ważne wydarzenia. Po pierwsze:



Tak, tak! Obroniłam się, i możecie nazywać mnie ekonomistą :D (jak poważnie to brzmi! huhu :P )
A po drugie - Hiszpania



Gdyby ktoś chciał poczytać o moich hiszpańskich przygodach odsyłam do postów: 

SIERPIEŃ

W pierwszym tygodniu sierpnia wróciłam do Polski, zaskakując kilka osób:)
Zaliczyłam pielgrzymkę rowerową do Częstochowy, gdzie poznałam kolejne wspaniałe osoby! A w samej Częstochowie miałam okazję spotkać znajomych z poprzedniego roku.




W sierpniu również świętowaliśmy okrągłe 80te urodziny mojej babci, i 1 urodzinki mojego chrześniaczka.

W końcu też po 2 latach do Warszawy dotarły dziewczyny z Łodzi!:)
A w ostatni weekend sierpnia żegnałam się z najbliższymi koleżankami przed wyjazdem do USA.

WRZESIEŃ

Pierwszy tydzień września to zamykanie wszystkich spraw w Polsce. Udało mi się jeszcze odebrać dyplom! 
Ostatnia niedziela w Polsce to spotkanie z całą rodziną przy okazji chrztu siostrzenicy. Kuzyni chcieli mnie wykończyć, bo przecież z każdym trzeba się napić ostatni raz przed wyjazdem, no ale nie dałam się aż tak!:)

No i nadszedł wreszcie 8 września i lot Warszawa-Nowy Jork. (link)



A potem Nowy Jork-Chicago. I zaczęła sie amerykańska przygoda.



PAŹDZIERNIK

W pierwszy weekend miesiąca odwiedziła mnie Ola (http://alex-in-world.blogspot.com/), z którą byłam na orientation.

Dowiedziałam się też, że wygrałam konkurs, dzięki czmeu jeden z moich przepisów, który już mieliście okazję ujrzeć na blogu, ujrzał światło dzienne na kartach studenckiej książki kucharskiej :)


Odwiedziłam dom Kevina:
Zaliczyłam też swoje pierwsze prawdziwe Halloween, stając się piratem ze względów czysto ekonomicznych (jak na ekonomistkę przystało!) - hostka rozmyśliła się ze swojego kostiumu i mi go oddała, więc bez sensu było wydawać pieniądze na coś innego:) Agata i Ewelina zakupiły również stroje piratów, i tak oto byłyśmy 3 piratkami :)

LISTOPAD

Święto dziękczynienia zaliczone, amerykańskie wyprzedaże  też. No i świąteczny jarmark w Chicago!
W listopadzie też poznałam Erikę z Kanady, która jest mi tu jedną z najbliższych osób!


GRUDZIEŃ

W grudniu w końcu się zebrałam i zdałam stanowe prawo jazdy. Tuż przed upłynięciem trzech miesięcy. Jak zwykle wszystko na ostatnią chwilę. Potem były urodziny Anny. Z tej okazji 'porwałyśmy' ją z Eriką na koncert-niespodziankę Jingle Ball, co było super wydarzeniem - jedna scena i 14stu artystów!. A reakcja Anny - bezcenna <3

Potem były święta, o których wolałabym zapomnieć, bo były najgorsze w całym moim życiu, ale przetrwałam! I to najważniejsze. 

Ale za to zaraz po nich miałam lot do Waszyngtonu, po to żeby razem z Olą i Anais wybrać się w jedną z podróży życia - roadtrip z DC aż na Key West, o czym przeczytacie w jednym z kolejnych postów :) Tym samym marzenie o grudniu i Sylwestrze na plaży - spełnione!



Podsumowując był to kolejny wspaniały rok. Wiele nowych miejsc, ludzi, doświadczeń i wspomnień! Kolejny rok spełnionych marzeń. Chętnie przeżyłabym to jeszcze raz! Ale nie ma co, bo właśnie zaczął się kolejny ekscytujący rok, i kolejne marzenia czekają na spełnienie :)

Do następnego!:)