Strony

poniedziałek, 24 grudnia 2012

TAG: Świąteczny

Zdjęcie z zeszłych Świąt:)
Zostałam ostatnio otagowana przez Kasię, więc już się zabieram na odpowiadanie pytań:)

Na pytania odpowiem nieco z perspektywy dzieciństwa, gdyż wtedy Święta były dla mnie naprawdę wyjątkowe. Teraz jakoś tracą swoją aurę... Mam nadzieję, że jednak uda mi się to wkrótce zmienić, i znów będą dla mnie wyjątkowym czasem...




1. Jaki jest twój ulubiony świąteczny film? 


Oczywiście Kevin! Będąc małą dziewczynką płakałam ze śmiechu w czasie oglądania perypetii tego uroczego urwisa:) Zawsze lubiłam obie części, ale chyba faworyzowałam przygody w domu:) Żałuję, że już mnie te filmy tak nie śmieszą, no bo jakby nie było znamy je już na pamięć, więc nic nas nie zaskakuje, bo wiem co po czym leci;) Ale za każdym razem oglądam - w tym roku zaliczyłam już obie części. Szkoda, że nie nakręcono więcej części z tą obsadą. Co ostatnio zauważyłam - mimo że ten film jest naprawdę stary, ma 22 lata (starszy ode mnie!) to jest tak nakręcony, że nie czuje się tego. Nie macie takiego wrażenia? Jeśli oglądam jakieś starsze filmy, od razu coś mi się rzuca w oczy - albo specyficzne ubrania, głosy, technika nagrania filmu, coś zawsze wskazuje na to, ze film jest już nieco starszy. A filmy o Kevinie nie mają w sobie nic takiego, wciąż są aktualne. Przynajmniej takie jest moje zdanie;)


Kolejny ulubiony film to świąteczna nowość z zeszłego roku - "Listy do M." Naprawdę polecam! Świetny polski film. Piękny i wzruszający. Myślę, że oglądanie go stanie się moją kolejną coroczną świąteczną tradycją:)

2. Jaki jest twój ulubiony świąteczny kolor? 

Typowo ze świętami kojarzy mi się kolor czerwony, bordowy. Bardzo podoba mi się połączenie czerwonego ze złotym, i właśnie w te barwy co roku ubieram choinkę, dorzucając jeszcze białe, brokatowe bombki, które ładnie odbijają światło lampek choinkowych, i w moim mniemaniu przypominają śnieżki:P hehe

3. Czy na święta lubisz zostać cały dzień w pidżamie, czy stroisz się specjalnie na tą okazję?

Ja generalnie nie jestem z tych, co lubią spędzać dzień w piżamie;) Może dlatego, że nie mam ukochanej piżamki, ale już sobie taką upatrzyłam:P
Uważam, że w Święta powinnyśmy wyciągnąć z szaf jakieś ładniejsze ciuszki stosowne do okazji;)

4. Jeśli mogłabyś kupić tylko jeden prezent na święta, to co by to było i dla kogo?

Nie mam pojęcia. Zawsze planowałam i kupowałam prezenty z dużym wyprzedzeniem. Nie były to rzeczy kupione ot tak, bo muszą być. Zawsze staram się by było to coś, co sprawi dużą radość obdarowywanej osobie. Jednak wyjątkowo w tym roku jakoś w ogóle nie mam weny co do tego tematu. Może też dlatego, że mój budżet kuleje, jak to u studentów. Ale co się dziwić, jak się studiuje, a nie pracuje. W ogóle to Święta  tracą to swoją magiczną aurę, gdy się nie jest już dzieckiem, a w rodzinie też nie ma małych dzieci - tak przynajmniej ja uważam...

5. Czy otwierasz prezenty w Wieczór Wigilijny, czy poranek?

Wieczór wigilijny, po kolacji. Kiedyś przychodził Mikołaj, a potem nawet Krasnoludki:) Jednak od kiedy nie ma już na naszej Wigilii małych dzieci, przed kolacją prezenty kładziemy po prostu pod choinką, a po kolacji je otwieramy. Szczerze mówiąc, myślę, że otwieranie prezentów rano to tez fajna sprawa. Przynajmniej tak zawsze myślałam oglądając właśnie Kevina:) 


6. Czy kiedykolwiek budowałaś domek z pierników?

Nie, aczkolwiek kojarzę z dzieciństwa, że moja mama kiedyś piekła tzw. chatkę Babajagi:)


7. Co lubisz robić w przerwie świątecznej?

Spędzać czas w rodzinnym gronie. Bardzo ubolewam nad tym, że spotykamy się w coraz mniejszym gronie...


8. Czy masz jakieś świąteczne życzenia?


Mam kilka takich samych od kilku lat, i coś się nie spełniają...:/


Update: Jedno dziś się zaczęło spełniać;)


9. Ulubiony świąteczny zapach?


Nigdy się nad tym nie zastanawiałam. Ale chyba zapach cynamonu i piernika. Chyba tylko takie zapachy kojarzą mi się ze Świętami;)


Update: Zapach żywej choinki:) Od kilku godzin czuję go w domu;)


10. Ulubiona świąteczna potrawa?


Jako dziecko jedynymi daniami, które jadłam podczas Wigilii były śledzie i zupa owocowa, którą moja mama specjalnie dla mnie robiła, bo nie lubiłam tej z suszonych owoców ani barszczu:P Teraz jestem prawie wszystkożerna:P hehe

Generalnie to dalej lubię śledzie. Moja mama robi też przepysznego łososia marynowanego w buraczkach. Lubię wigilijny barszcz z uszkami, kapustę wigilijną, pierogi z kapustą, a najbardziej uwielbiam krokiety z kapustą!:D

Uważam, że brakuje tu istotnego pytania - o ulubione kolędy i piosenki świąteczne!:)


Oczywiście, lubię i jedne i drugie! 

Jako dziecko uwielbiałam "Dzisiaj w Betlejem" oraz "Pójdźmy wszyscy do stajenki". Miałam swoją ulubioną kasetę (nie było przecież płyt:P) z kolędami w wykonaniu Natalii Kukulskiej - uwielbiałam słuchać! nawet zdarzało się to w okresie zupełnie nieświątecznym:P
Za to nie lubiłam tych wolnych i smutnych kolęd, a zwłaszcza "Mizerna cicha", którą męczyliśmy często w szkole na akademiach...

Apropos akademii - śliczna kolęda/pastorałka, która znam własnie ze szkolnych akademii:


Jest to "Uciekali, uciekali" z repertuaru grupy Metro. Znacie, lubicie?


Z piosenek świątecznych od zeszłego roku uwielbiam De Su - A kto wie... W dzieciństwie był to "Z kopyta kulig rwie" Skaldów oraz "Dzień jeden w roku" :)


Z tych zagranicznych - Britney Spears "My only wish", Merry Christmas Everyone, Feliz Navidad, Last Christmas... W dzieciństwie - Jinglle Bells ;)


Korzystając z okazji chciałabym Wam złożyć najserdeczniejsze życzenia świąteczne. Aby ten czas upłynął Wam w miłym, rodzinnym gronie. Życzę Wam wszystkiego co najlepsze! Szczęścia i zdrowia, bo to najważniejsze!

Buziaki:**

PS Kto z czytających nie odpowiadał na tag, może zrobić to teraz;)

środa, 5 września 2012

Malinowe ciasteczka owsiane

Dzisiaj zdradzę Wam przepis na moją nową miłość!
Miłość od pierwszego wejrzenia, a raczej ugryzienia!:)
Odkryta dopiero wczoraj..


Potrzebujemy:

*garść świeżych malin - większa, mniejsza, jak kto woli
*60g masła - najlepiej miękkiego, nie prosto z lodówki
*120g cukru
*1 jajko
*60g mąki
*170g płatków owsianych
*1 łyżeczka proszku do pieczenia
*szczypta soli
*rodzynki (opcjonalnie)

Co robimy?

Za pomocą miksera ucieramy masło z cukrem na gładką masę. Dodajemy jajko, a następnie mąkę, proszek do pieczenia i sól. Jak wszystko nam się ładnie wymiesza dodajemy płatki owsiane i rodzynki, a na samym końcu maliny. Wykładamy blachę papierem i formujemy okrągłe ciasteczka. Wstawiamy do piekarnika nagrzanego do 180 stopni. Pieczemy ok. 30 minut. Zależnie od tego, czy nasze ciastka są większe, czy mniejsze, będą się piekły nieco dłużej/krócej. Jeśli są dobrze wypieczone, są chrupiące. Jeśli mniej - miękkie, ale równie smaczne :)

I niech wszelkie sklepowe słodycze się schowają !:)
Nie dość, że pyszne, to i zdecydowanie zdrowsze i mniej kaloryczne.
Róbcie, jedzcie i dajcie znać co o nich sądzicie :)

sobota, 14 lipca 2012

A to peszek...

Hej kochane!
Przez ten cały staż (z którego nawiasem mówiąc nie jestem zadowolona) jakoś mało mnie tu.
Jak Wam minął piątek trzynastego? Ja szczerze mówiąc nie jestem przesądna, ale wolę nie przechodzić pod słupami:P hehe Dlatego też wczoraj wolałam zostać w domu, zwłaszcza po poprzednim tygodniu! Prawie napisałam posta o ty co się wtedy działo, ale go nie skończyłam tydzień minął i nie dodałam.
W każdym razie u mnie ten piątek trzynastego był zdecydowanie wcześniej i się przeciągnął na cały tydzień! Ale żeby nie było, w ten czwartek też ktoś musiał mi popsuć humor.

Właściwie to mogę Wam przedstawić ten poprzedni pechowy tydzień, bo notka była napisana, więc czytajcie (o ile komuś chce się przebrnąć przez tyle tekstu:P)

Nie wiem co się dzieje, ale tak pechowego tygodnia to jeszcze chyba nigdy nie miałam! Całe szczęście, że się skończył! Mam nadzieję, że ten będzie lepszy :)


Zacznijmy od początku:


PONIEDZIAŁEK
Jak wiecie to był pierwszy dzień mojego stażu. Wsiadłam do autobusu, i generalnie na miejscu powinnam być chwilę przed czasem, ale co? Ale musiały być korki w poniedziałek o 8 rano, w wakacje... Ja nie wiem gdzie ci ludzie jadą... No i oczywiście się spóźniłam. Jakieś pół godziny. Co prawda w tej firmie nie ma takich żelaznych zasad (na szczęście), że się przychodzi równo o 9.30 a wychodzi o 17.30, co do tego to nie ma problemu, o czym mnie poinformowała na rozmowie moja przełożona. No i w dodatku oni mi nic nie płacą, bo staż jest bezpłatny, więc też nie mogą wymagać ode mnie nie wiadomo czego :P ALE ja nie lubię się spóźniać, tym bardziej na samym początku.. Dojechałam cała mokra przez ten upał. Na miejscu okazało się, że nie ma D.(mojej przełożonej) bo wyszła na spotkanie. No pięknie się to wszystko zaczyna po prostu. Zostałam wszystkim przedstawiona przez innego pana, dostałam swoje miejsce pracy tj. komputer i biurko. Zgadnijcie jakie dostałam pierwsze zadanie!:P "No to idź sprawdź sobie facebook'a i pocztę, a potem my do ciebie przyjdziemy". :D hah no pięknie.. Tylko takie rzeczy to ja mogę robić w domu, bez tłuczenia się autobusem w takie upały do Warszawy i wydawania pieniędzy na bilety... Potem przyszła K. (moja bezpośrednia przełożona) i zleciła mi coś do wyszukania. Miałam okazję uczestniczyć w zebraniu działowym, dostałam kolejną rzecz do wyszukania, jednak jak na razie tej drugiej rzeczy nikt nie sprawdził...


WTOREK
Pojechałam znowu do pracy, dokończyłam to, co zaczęłam wyszukiwać poprzedniego dnia. I właściwie siedziałam tam do 17 bez powodu. Wkurzona byłam, bo to takie bez sensu. Już nawet nie miałam co robić na tym komputerze, bo zwiedziłam wszystkie blogi, pocztę, facebooka i wszystko inne. Nowe zlecenie dostałam dopiero na ostatnie pół godziny.


ŚRODA
Zaspałam! Budzik nie zadzwonił! Pierwsze co, to telefon do mamy, co mam robić - działanie odruchowe, zaraz po przebudzeniu i zobaczeniu godziny:P była 8.40 a o tej godzinie powinnam już być blisko celu.
Przynajmniej miałam co robić w pracy, i dzień jako tako zleciał, nawet w miarę szybko.


CZWARTEK
Nie zaspałam! Ale spotkało mnie coś zdecydowanie gorszego:/ To już było po prostu apogeum mojego pecha! Nic nie zapowiadało katastrofalnego dnia, byłam w pracy przed czasem. Najpierw posprawdzałam 'swoje strony' (czyt. fb, poczta, blogi itd. itp.), bo i tak nie mam co tu robić. Potem zabrałam się za kontynuowanie rozpoczętej wcześniej pracy, która polegała na wyszukiwaniu informacji w internecie, a następnie wklepywaniu ich  do exela. Nagle na dole pojawił mi się szary pasek, więc na niego kliknęłam, bo myślałam, że coś mi się zacięło. Najlepszy ten komputer, na którym pracuje, to nie jest:P I pokazało mi się coś, co przyprawiło mnie niemal o palpitacje serca. Nie zrobiłam niestety żadnego zdjęcia, ale nie będę Wam opisywać co zobaczyłam na ekranie komputera, bo znalazłam zdjęcie w internecie, które powie wszystko. Otóż na moim ekranie pojawiło się coś takiego:

niedziela, 24 czerwca 2012

7 faktów o mnie, których jeszcze nie znacie :)

Skoro jestem tu już z Wami, a Wy ze mną (jedni krócej, drudzy dłużej, ale jesteście) nieco ponad 1 rok, postanowiłam Wam się troszkę odsłonić i zdradzić coś na temat siebie. Tym bardziej, że okazja podwójna, bo w czwartek mój blog obchodził urodziny, a w zeszłą niedzielę ja :)
Do tego posta w pewnym sensie też mnie skłoniła Dorota, bo już daaaawno temu zatagowała mnie, ale mnie o tym nie poinformowała:P tak więc odpowiem dziś:)

Takie tam, urodzinowe - aktualne :P

Przedstawiam Wam więc
7 FAKTÓW O MNIE, których jeszcze nie znacie:)

1. Od prawie roku tańczę taniec brzucha :) Prawie od zawsze byłam zafascynowana orientem:) Dawniej, pochłaniałam mnóstwo książek na temat arabskich kobiet. Byłam przeszczęśliwa, kiedy rodzice zabrali mnie na wakacje do Egiptu:)

2. Od kilku lat kolekcjonuję karty do gry. Przywożę je z każdej wycieczki, gdzie tylko mogę je kupić. W swojej kolekcji mam karty m.in. z Hiszpanii, Majorki, Sycylii, Słowacji, Pragi, Egiptu, Tatr, Muzeum Powstania Warszawskiego, a także z Nowego Jorku i Szanghaju:) Zawsze wybieram takie, gdzie każda karta przedstawia inny widoczek - taka alternatywa dla pocztówek (które notabene też kiedyś zbierałam, ale porzuciłam je właśnie na rzecz kart) . Ale niestety nie zawsze udaje mi się takie znaleźć. Ostatnią talię kupiłam 3 tygodnie temu - na pamiątkę Euro2012 :)

3. Jestem dość sprzeczną wewnętrznie osobą, z jednej strony chciałabym to, z drugiej tamto i nie umiem wybrać. Albo myślę i czuję jedno, a robię drugie. (Chociażby taki przykład, że mam problem z określeniem czy jestem humanistką czy umysłem ścisłym, bo sama nie wiem, chociaż skłaniam się chyba bardziej ku temu drugiemu.) Na takie zjawisko podobno nie bez wpływu pozostaje mój znak zodiaku, a mianowicie bliźnięta - że to niby taka 'podwójna' osobowość :) W dodatku kiedyś będąc w empiku przeglądałam książki dla przyszłych rodziców, jedna z nich była o znaczeniu imion dla dzieci. I to co przeczytałam o sobie prawie, że w całości się potwierdziło, i okazało się, że imię Katarzyna, tylko potęguję tę sprzeczność wewnętrzną. Pozostaje tylko podziękować rodzicom :D

4. Kocham dzieci! Wszyscy moi znajomi twierdzą, że brak im cierpliwości do 'bachorów', a ja od zawsze uwielbiałam dzieci;) I nie chwaląc się - z wzajemnością. Widocznie mam dobre podejście do nich i cierpliwość:) Dlatego też chcę być au pair, ale też i marzę o tej chwili kiedy za kilka dobrych lat będę mogła założyć własną rodzinę. Uwielbiam patrzeć na młode mamuśki:) A jako au pair właśnie tak można się poczuć:)

5. Uwielbiam podróże. Od zawsze właściwie. Jako małe dziecko 'podróżowałam' po rodzinie, wszyscy mnie nazywali włóczykijem:) Wystarczyło, że ktoś do przyjechał do nas w odwiedziny, a po kilku minutach ja już byłam spakowana i gotowa na odwdzięczenie się za wizytę:) A musicie wiedzieć, że to nie było takie proste, bo czasem 'podróżowałam' z całym moim bagażem lalek Barbie i wyposażeniem domku włącznie z samochodami dla nich!:D Jeśli o mnie chodzi to mogłabym nie siedzieć w domu w ogóle. Problem jest tylko z funduszami i towarzystwem. Bo nie lubię podróżować samotnie. Mam nadzieję, że będę mogła w bliskiej przyszłości rozwijać coraz bardziej tę pasję, bo kiedy jak nie na studiach?:)

6. Kocham jeść! Szczególnie wszelkie sałatki i makarony. Ciastami i słodyczami też nie gardzę. I aż do końca liceum mogłam jeść wszystko, o każdej porze dnia i nocy, i nie mogłam przytyć chociaż chciałam. Ta sytuacja trochę się zmieniła po zakończeniu liceum, kiedy po maturze miałam długie wakacje. Dużo czasu spędziłam w domu, bardzo się stresując tym, jak to będzie na studiach. I wtedy to odkryłam, że ja stres po prostu zajadam. Jadłam mimo, że nie byłam głodna. Po prostu to lubię;) I tak od maja do grudnia przytyłam ok. 4kg, ale wszyscy twierdzą, że nie widać tego po mnie. Teraz już wracam do poprzedniej wagi. Nie żebym miała problemy z nadwagą. Zdaję sobie sprawę, że jestem szczupła, ale wkurza mnie nie płaski brzuszek:P  A po za tym jeszcze lubię piec ciasta i gotować, dlatego czasem pojawiają się tu też przepisy :)

7. Zawsze byłam ogromną fanką latynoamerykańskich telenowel :) I wkurza mnie taki stereotyp, że wszystkie są takie same (bo nie są!) i oglądają je bezmózgowcy... Bo tak nie jest! Dzięki nim można poznać inną kulturę i zwyczaje, zobaczyć piękne widoki, miasta, a także poznać wiele hiszpańskich słówek! :) Nie twierdzę, że wszystkie są super świetne, ale niektóre są naprawdę rewelacyjne. Jak chociażby kultowe: Esmeralda, Gorzka Zemsta czy z tych nowszych Zaklęta miłość (Sortilegio). Teraz jednak żadnej nie oglądam. Czasem coś włączę, ale to tak 'przy okazji' - w ogóle to rzadko oglądam telewizję :)


Ach no i zapomniałam, że koniecznie  muszę zdradzić Wam jeszcze fakt nr 8! Otóż od 2 lat jestem włosomaniaczką:) Zaczęło się od szukania sposobów na przyspieszenie porostu włosów. Na kondycję moich włosów (poza rozdwojonymi końcówkami) nie mogę narzekać, ale nigdy ich nie niszczyłam farbowaniem, suszeniem czy prostowaniem. Moją guru w pielęgnacji włosowej jest Anwen a jej  blog jest prawdziwą skarbnicą wiedzy! Polecam jeszcze naturalnie forum wizaż, tam można znaleźć wszystko :)  
Ciągle testuję nowe szampony, maski, odżywki. Ciągle kupuję nowe, mimo że nie zużyłam jeszcze poprzednich i tak wczoraj podczas sprzątania doliczyłam się 16 szamponów! Odżywek i masek już bałam się liczyć :P hehe

To już tak zupełnie w ramach dnia mojej dobroci pokażę Wam moje włosy (już po ścięciu - zdjęcie robione dokładnie tydzień temu, trochę byle jakie, ale niestety nie mam żadnego fotografa, więc posiłkuję się samowyzwalaczem:P)


Jeśli miałybyście ochotę, to zróbcie takiego posta! 
Ja osobiście uwielbiam czytać posty z serii 'o mnie' na blogach innych dziewczyn :)

sobota, 23 czerwca 2012

Ciasto drożdżowe, które zawsze się udaje (podobno:P)


Ulubionym ciastem mojego taty jest ciasto drożdżowe, więc naturalnie dziś je upiekłam, i właśnie stygnie:)
Na prośbę Doroty podaję Wam przepis (mówiłam, że będzie z dedykacją:P hehe)

Wybaczcie brak instrukcji w postaci zdjęć, ale nie myślałam, że będę pisać tego posta:) Ale skoro chcecie - macie :) Ważne, że przepis jest łatwy, prosty, a ciasto wychodzi pyszne :) No i efekt końcowy mogę pokazać, bo to akurat uwieczniłam:)

Przechodząc do sedna sprawy podaję przepis. Jeszcze tylko wspomnę, że pochodzi z książki Ewy Wachowicz, której pozycje serdecznie Wam polecam, bo praktycznie każdy przepis się udaje:)

Składniki:

ciasto:

  • 700 g mąki
  • 5 łyżek mąki na zaczyn
  • 3 jajka
  • 2 żółtka
  • 80 g drożdży
  • 1 szklanka mleka
  • 150 g cukru
  • 1 cukier waniliowy (czyli 16g)
  • 1/2 szklanki oleju
  • 1/2 łyżeczki soli
  • 1 aromat pomarańczowy (opcjonalnie - szczerze mówiąc robiłam to ciasto kilka razy, ale dziś po raz pierwszy go dodałam)
kruszonka:
  • 1/4 kostki masła
  • 3 łyżki cukru pudru
  • 4 łyżki mąki tortowej
  • 1 cukier waniliowy (czyli 16g)
Pozwolicie, że instrukcję zapożyczę z książki:)

Cukier i drożdże rozpuścić w mleku, wmieszać 5 łyżek mąki, przykryć i odstawić w ciepłe miejsce, aż drożdże wyrosną. Dodać pozostałe składniki i wyrabiać ręką ok. 30 minut. Odstawić w ciepłe miejsce. Kiedy potroi swoją objętość (może potrwać nawet 1,5 godziny) wyłożyć na posmarowaną masłem formę o wymiarach 25x36cm i odstawić na 15 minut, aby jeszcze wyrosło. Z masła, mąki, cukru pudru i cukru waniliowego wyrobić kruszonkę. Posypać nią ciasto i piec w rozgrzanym do 180°C  piekarniku 30-35 minut. Pod koniec pieczenia sprawdzić patyczkiem, czy jest gotowe.


A teraz czas na moje uwagi :)
*Pamiętajcie, aby mleko nie było prosto z lodówki, najlepiej trochę podgrzane, bo wtedy mamy pewność, że drożdże ładnie wyrosną.
*Aromat pomarańczowy - niekoniecznie jak już pisałam wyżej
*Blacha oczywiście nie musi być wysmarowana masłem, ja osobiście wolę wykładać ją papierem do pieczenia, bo jest to łatwiejsze i blacha się tak nie brudzi:P
* Kruszonkę lepiej wyrabia się z zimnego masła. Jeśli zrobicie to z takiego bardzo miękkiego to nie będzie ona sypka, ale bardzo plastyczna. Z taką oczywiście też można dać sobie radę:)
* Przepis generalnie jest bardzo prosty, łatwy. Jego najgorszą częścią jest to wyrabianie ciasta przez pół godziny, ale taki urok ciast drożdżowych:/ Może i nie musi być to aż pół godziny, ale żeby ciasto było dobrze wyrobione trzeba poświęcić na to trochę czasu. Ja osobiście idę na łatwiznę od kiedy mam w domu profesjonalny mikser, taki cukierniczy (uroki bycia dzieckiem szefa kuchni:P), który posiada specjalną końcówkę, tzw. hak do zagniatania ciasta.

Jeszcze Wam dodam kilka słów od pani Wachowicz:)

Kluczem do sukcesu w pieczeniu ciast drożdżowych jest cierpliwość. Wyrobione ciasto musi wyrosnąć, potroić swoją objętość. W zależności od jakości mąki, jajek, drożdży i temperatury otoczenia może zająć to 20 minut lub nawet półtorej godziny.


Placek drożdżowy na drugi dzień po upieczeniu smakuje jakby dopiero co wyjęto go z pieca. Jest miękki, puszysty i delikatnie wilgotny, bardzo aromatyczny i doskonale zrównoważony w smaku. Co ciekawe, choć to ciasto drożdżowe, zawsze się udaje.




Jak na razie mogę potwierdzić, że zawsze się udaje:) Dziś też pięknie mi wyrósł, tak 'od serca', dla taty :)

czwartek, 21 czerwca 2012

To już rok!



Tak, dokładnie dziś mija rok od kiedy dodałam tutaj pierwszego posta! Zleciało jak z bicza. To oznacza, że już od ponad roku mam maturę w kieszeni i ten okres za sobą, kiedy to szkoła była dla mnie obowiązkowa.
Podsumowując ostatni rok, nie mogę zapomnieć, że własnie zbliżam się ku końcowi pierwszego roku na studiach, jeszcze tylko 2 egzaminy! :) A potem wreszcie będę mogła psychicznie odpocząć i poczuć się wolna.

Chociaż tydzień się jeszcze nie skończył i jesteśmy ledwo w jego drugiej połowie, już zdążył mnie wykończyć. Dziś miałam ciężki egzamin, i mimo, że poświęciłam dużo czasu na przygotowanie do niego, to czuję, że czeka mnie poprawka we wrześniu. No nic. O tym kiedy indziej. Dziś z braku sił chciałabym jeszcze podsumować statystycznie pierwsze urodziny mojego bloga :)

Szczerze mówiąc nie spodziewałam się, że komukolwiek będzie chciało się zaglądać tu do mnie. Przyznam szczerze, że nie zawsze przykładałam się do prowadzenia tego bloga. Ale to się zmieni, a właściwie już się zmienia:)

W każdym razie, krótko podsumowując podsumowując:

Obserwatorów: 22
Wyświetleń: 2205
Posty: 53

Najwięcej czytelników odwiedziło mojego bloga w marcu.

3 najczęściej czytane posty:
*Zniżka w The Body Shop!
*Yves Rocher no.1&2
*Tumblers from Starbucks

3 najczęściej wyszukiwane słowa kluczowe:
*body shop
*the body shop
*dom do góry nogami zakopane

Najbardziej zdumiewa mnie jednak 'zasięg' mojego bloga, bo poza tym, że czytają go osoby z Polski, to na mapie odbiorców znajdują się także: Rosja, Stany Zjednoczone, Wielka Brytania, Niemcy, Hiszpania, Irlandia, Francja, Ukraina, Norwegia, Holandia.

Bardzo, bardzo chcę podziękować tym wszystkim, którzy tu zaglądają i komentują, bo motywujecie mnie do pisania i poprawiacie skutecznie mój humor!:) Buziaki! :*

środa, 20 czerwca 2012

Śniadanie na słodko #2

Dziś chciałam się z Wami podzielić przepysznym pomysłem na śniadanie, na słodko :) Przepis jest baaardzo prosty, a jakże smaczny!


Co robimy?
Potrzebujemy chałkę, lub może też być inne pieczywo (byłki czy chleb), kroimy na dość grube kromki.
Na talerzu roztrzepujemy 1 jajko i mieszamy z 1 łyżeczką cukru waniliowego i pół szklanki mleka. 
Następnie każdą kromkę pieczywa z obu stron maczamy w tej mieszance i smażymy na rozgrzanej patelni z odrobiną masła i oleju. 

Posypujemy cukrem pudrem i voila! 

Dopóki nie spróbowałam nie wiedziałam, że to może być tak dobre! 
Co fajniejsze - do tego śniadanka doskonale nadaje się kilkudniowe 'stare' już pieczywo, bo pod wpływem maczania, chałkowe placuszki i tak będą mięciutkie. 

Doskonałym dodatkiem będą świeże owoce, dżem czy np. zmiksowane truskawki.
Albo koktajl owocowy :)

 


sobota, 16 czerwca 2012

Polska gola!

Oglądacie dzisiejszy mecz?! Mam nadzieję, że to zbędne pytanie:)
Ja muszę przyznać, że nie jestem fanką piłki nożnej, co nie zmienia faktu, że nie chciałabym mieć chłopaka piłkarza :P oj wtedy to bym oglądała wszystkie mecze :P
Wracając do tego, że nie jestem fanką piłki nożnej. Nigdy nie mogłam zrozumieć, jak można przez półtorej godziny oglądać 22 chłopaków biegających po boisku za piłką, w tą i z powrotem. To mecze "ważne", takie jak te teraz oglądam, ale tylko te, gdzie walczy nasza kadra:) Pierwszym meczem, który obejrzałam w całości był również mecz z Mistrzostw Europy - Polska : Niemcy. Było to chyba w czasie ostatniego Euro 2008 (wtedy kiedy Niemcy strzelili nam gola w ostatniej minucie). Potem chyba jeszcze oglądałam Polska : Austria. Ale następny mecz obejrzany w całości to dopiero otwarcie Euro 2012 i mecz Polska : Grecja. W obecnej sytuacji nawet nie wypada nie obejrzeć :) W końcu jesteśmy gospodarzami:) Żeby nie było, mecz z Rosją tez obejrzałam:) A dziś szykuję się na walkę z Czechami i bardzo bardzo liczę na naszych chłopców:) (ale akurat w tej drużynie nie widzę swojego przyszłego męża:P)

Do kibicowania zagrzewa mnie ten utwór, który nawiasem mówiąc, a właściwie pisząc, powinien być hymnem naszej reprezentacji: 

Oglądanie meczu będę sobie umilać paluszkami, rodzynkami w czekoladzie, czereśniami i Desperadosikiem :)



Swoją drogą, widziałyście to? Rozwaliło mnie :P hehe
Grupa A – cała prawda

A tymczasem wracam do nauki zarządzania, gdyż w poniedziałek czekają mnie 2 egzaminy:/ Przez godzinę zdążę coś tam jeszcze powtórzyć ;) Tymczasem trzymajmy kciuki za naszych!:)

czwartek, 14 czerwca 2012

O tym, jak obcy przypadkowi ludzie mogą umilić nam dzień:)

Dziś post czysto prywatny i refleksyjny, sporo tekstu, więc się zastanówcie czy chcecie czytać:)

Niby zwykły, a jednak dość przyjemny dzisiejszy dzień (masło maślane:P) dla mnie był:)
To, co chcę dziś napisać nie jest związane z jakąś konkretną tematyką bloga, ale w końcu skoro ja go piszę, to mogę pisać o czym chcę:)
Dziś dostrzegłam, a właściwie zwróciłam uwagę na to, jak inni ludzie potrafią nam umilić zwykły dzień :) 
Rzadko niestety, ale jednak można spotkać na ulicy, w autobusie sympatycznych ludzi:) Ostatnio mam wrażenie jakby los trochę zaczynał się do mnie uśmiechać:) Dziś też miałam 2 dość ciekawe sytuacje:)

Najpierw, rano, jechałam na uczelnię dziwnym małym busikiem. Czytałam notatki, bo miałam dziś kolokwium z rachunkowości. Było trochę ciasno, więc kiedy pewna pani w średnim wieku powiedziała "Przepraszam" myślałam, że po prostu chce przejść. Ale ona chciała mi powiedzieć coś innego.  Ta mini rozmowa wyglądała mniej więcej tak:

Ona: Przepraszam, pani na maturę jedzie? O której godzinie się zaczyna?
Ja: Niee.. (zdziwiona mega, bo przecież mamy czerwiec, to gdzie tu matury:P z resztą ja rok temu pisałam:))
Ona: A jakiś egzamin? Na którą godzinę pani ma?
Ja: No tak, na egzamin, o 10 mam.
Ona: A jak masz na imię?
Ja: Kasia
Ona: Kasiu, będzie dobrze. Ja się za Ciebie będę modlić. :) 
     i sobie poszła:)

Sami przyznacie, ze dziwna sytuacja trochę, pierwszy raz mi się zdarzyła. Pani w dodatku wyglądała na bardzo sympatyczną osobę, normalną, niezwariowaną i nie miała moherowego beretu:)
Dziwna, aczkolwiek bardzo miła sytuacja, bo dość rzadka w dzisiejszych czasach, ale tak się człowiekowi milej i lżej na sercu robi, jak usłyszy coś miłego, szczególnie od obcych ludzi:) Przynajmniej ja tak mam. 

A dodam jeszcze, że bardzo się obawiałam tego kolokwium, bo to najcięższy przedmiot w tej sesji, no i zaliczyłam:) Jeszcze egzamin mi został, ale najważniejsze, że już jestem do niego dopuszczona:) Myślę, że na niego łatwiej będzie się nauczyć, bo tam tylko teoria, a tu były różne dekretacje i inne obliczenia.

Dziś jeszcze miałam tylko wf, ale poćwiczyłyśmy 10 minut, dostałyśmy wpisy do indeksów (druga i chyba ostatnia piąteczka w tym semestrze:P) i sobie poszłyśmy:) I to już koniec moich zajęć w tym semestrze, teraz zostały mi tylko egzaminy, w poniedziałki i czwartki, do 28 czerwca.

Ale to nie koniec, bo dziś miałam jeszcze jedną nieco podobną sytuację:)
Wyszłam z apteki i szłam już na przystanek autobusowy, więc udałam się do przejścia podziemnego, gdzie zaczepił mnie chłopak, mniej więcej w moim wieku, tak na oko. I stwierdził, że potrzebuje opinii, więc słucham o co mu chodzi, bo myślałam na początku w ogóle, że to jakiś obcokrajowiec, a teraz przecież w Warszawie ich pełno w czasie euro:) A wiecie jaki on miał problem?:) Kazał mi wyobrazić sobie, że mam chłopaka od 3 miesięcy, ale czasem spotykam się też z byłym, i ten obecny mi tego zabrania, i co ja bym zrobiła w takiej sytuacji:) Byłam tak zaskoczona tym, że w ogóle mnie zaczepił i tym, że zadał mi takie pytanie, że nie wiedziałam co mam mu powiedzieć:) A chłopak miał problem, bo jak powiedział 'ma taką sytuację w drugą stronę' tzn. jego kumpel ma taki problem ze swoją dziewczyną, że ona mu zabroniła się spotykać z byłą, ale ich widziała razem, oj skomplikowana sytuacja, sama nie wiem czy ją dobrze zrozumiałam:) No i on szedł właśnie spotkać się z tym kolegą i miał mu coś doradzić, i chłopak nie wiedział co, więc postanowił się poradzić przypadkowo spotkanej dziewczyny:) hehe Zakręcony koleś:)

Dziwne sytuacje, ale przyznam, że to miłe jak się spotykamy z życzliwością ze strony innych.  Potem na samo wspomnienie takich 'spotkań' sama się do siebie uśmiecham i zastanawiam, czemu one miały służyć.
Nie wiem, czemu to się dziś tak złożyło, bo generalnie to mnie ludzie tak nie zaczepiają, 
czasem ewentualnie dzieci:)
A Was zaczepiają (ludzie, nie dzieci:P)? :)

środa, 2 maja 2012

Pyszne ciasto marchewkowe!:)

Hej kochane!

Witam Was majówkowo:) Jeśli u którejś nie ma słońca to właśnie je Wam wysyłam:) Piękniejszej pogody na majówkę nie mogło być:) Co prawda dziś już jest trochę mniej słonecznie, i od jutra ma być małe załamanie pogodowe, ale i tak majówkę mogę zaliczyć do bardzo udanych!:) Aż czuję się wewnętrznie szczęśliwa gdy patrzę na świeżo skoszoną trawkę przed domem, kolorowe tulipany, kwitnące czereśnie i jabłonie:) 'Serce roście patrząc na te czasy!' :D I szczerze Wam powiem, że dzięki temu, albo właściwie przez to nie chce mi się ruszać z domu:P Ani jechać do Warszawy by się z kimś spotkać, ani na zakupy... Dlatego nie skorzystałam ze zniżki w Cubusie chociaż jest kilka rzeczy, które chcę kupić w tym sklepie:) Ale w niedzielę była tak piękna pogoda, że aż żal było tracić na to czas:) Dlatego wzięłam się ostro za rowerek:) W sobotę - 8km, w niedzielę - 23, a wczoraj 50km!:D Jestem z siebie dumna, bo nigdy nie byłam fanką rowerów, a teraz to uwielbiam, i co lepsze oprócz tyłka od siodełka, i rąk od trzymania kierownicy nic mnie nie boli:) Jeśli mam jechać samochodem do sklepu, to rzecz jasna wsiadam na rowerek:) pomijając tą kwestię, to dziś jadę do koleżanki, a jutro ruszamy na podbój Wrocławia:) Wcześniej bardzo się cieszyłam na ten wyjazd, ale teraz to już tak nie do końca.. bo wiem, że jak wrócę to będzie koniec laby i powrót do szkoły, a potem sporo zakuwania... No nic żyjmy chwilą:) Mam nadzieję, że Wasze majówki są również bardzo udane:)

Tak, jak obiecałam jednej z Was (Katasza, tak o Tobie mowa:P) zamieszczam przepis na pyszne ciasto marchewkowe:) Post w moich myślach był od 2 czy 3 tygodni, bo wtedy robiłam to ciasto i uwieczniłam nawet:P ale jakoś ciężko (jak zwykle) było mi się zebrać do przelania tego na bloga.

Koniec ględzenia, podaję przepis, a więc oto i on:)


Najpierw podam listę potrzebnych składników:


  • 1 i 1/2 szklanki mąki
  • 1 szklanka drobnego cukru
  • 2 łyżeczki sody oczyszczonej
  • 2 płaskie łyżeczki proszku do pieczenia
  • 2 łyżeczki cynamonu 
  • pół łyżeczki gałki muszkatołowej
  • pół łyżeczki ziela angielskiego
  • pół łyżeczki kardamonu
  • pół łyżeczki soli
  • 2/3 szklanki oleju rzepakowego
  • 4 jajka
  • 2 szklanki posiekanych orzechów + kilka całych do dekoracji
  • szklanka pokrojonych i odsączonych ananasów z puszki
  • 2 szklanki startej na dużych oczkach marchewki

Przepis na krem:

  • 300g serka philadelphia
  • 6 łyżek masła (temperatura pokojowa)
  • 1 i 1/2 szklanki przesianego cukru pudru
  • 1 łyżeczka ekstraktu waniliowego
Skoro składniki podane to czas przejść dalej i wyjaśnić, co i jak zrobić:) 

Najpierw wrzucamy do miski wszystkie 'sypkie' składniki tj. mąkę, cukier, sodę, proszek do pieczenia, cynamon, sól, gałkę i zielę. Następnie wbijamy jajka do miseczki i je roztrzepujemy, a potem mieszamy z olejem. Taką 'miksturę' wlewamy do miski z resztą składników. Dodajemy marchewkę, ananasy i orzechy, a potem wszystko mieszamy. Blachę wykładamy papierem do pieczenia, wylewamy do niej ciasto i wstawiamy do piekarnika nagrzanego do 175ºC na 40-45 minut.



Kiedy nasze ciasto się piecze, i wypełnia cały dom pięknym zapachem, my zajmujemy się przygotowaniem kremu, który jest bajecznie prosty:) Wystarczy umieścić wszystkie składniki w mikserze i  z jego pomocą wymieszać je na gładką masę:)

Upieczone ciasto wyciągamy z blachy, na kratkę, aby ostygło, potem musimy je przekroić wzdłuż na połowę i przełożyć połową kremu, a drugą połowę wyłożyć na wierzch i udekorować całymi orzechami i posypać cynamonem. Voila, gotowe! Smacznego! :)



Tak właśnie wygląda cały przepis. Przyznam się od razu, że nie ja jestem jego autorką, bo zapożyczyłam go z internetu (ale nie zrobiłam kopiuj-wklej:P napisałam po kolei co robiłam:) ). Zawsze gdy robię ciasto z przepisu po raz pierwszy, robię dokładnie tak, jak w przepisie, a następnym razem wprowadzam modyfikacje, jeśli uważam, ze są potrzebne:)


Także od razu powiem Wam coś o tym:)

1. Po pierwsze nie musicie robić tego ciasta z kremem, równie pyszne będzie bez niego:)
2. Weźcie pod uwagę wielkość blaszki, ten przepis który podałam, to przepis na podwójną porcję, bo ja robiłam w dużej prostokątnej blaszce, ale szczerze mówiąc jeśli ciasto ma być bez kremu jeszcze bym zwiększyła liczbę składników o połowę, oczywiście zachowując te same proporcje:)
3. Zamiast przypraw, które podałam, można użyć po prostu przyprawy do piernika.
4. Zamiast oleju rzepakowego, można użyć każdego innego, gdyż nie zmienia on smaku.
5. Do kremu nie musicie używać serka Philadelphia, także serek z Piątnicy, który widać na zdjęciu jest dobry, a ponadto myślę, że Mascarpone też będzie całkiem fajny:) Ja wymieszałam 2 serki Philadelphia z  1 serkiem z Piątnicy, a ponieważ to było ponad 300g, to odpowiednio sobie przemnożyłam wszystkie składniki:) 
6. Jeśli robicie wersję z kremem to próbujcie, czy nie jest za słodki, bo mój wyszedł zdecydowanie za słodki.. Ale może to moja wina, bo nie miałam cukru pudru, i użyłam zwykłego cukru, ale mieliłam go w młynku do kawy:)
7. Pamiętajcie, że jeśli mała blaszka kwadratowa lub okrągła, to mniejsza porcja składników:)


Podsumowując uważam, że to naprawdę pyszne ciasto, nawet z za słodkim kremem było rewelacyjne:) I nie mogłam przejść koło niego obojętnie :P Krem na wierzchu po kilku dniach nieco zastygł, i utworzył fajną polewę, coś na wzór lukru. No i musicie przyznać, że jest to bardzo proste ciasto, bo jeśli robicie wersję bez kremu, to nawet nie potrzebujecie miksera, tylko wszystko wymieszać dokładnie łyżką, no i nie potrzeba wtedy czasu na stygnięcie ciasta i nie musimy bawić się w przekrajanie go wzdłuż, co nie jest zbyt przyjemną sprawą (przynajmniej dla mnie) :P 

PS Udokumentowałam na zdjęciach cały przepis krok po kroku, jak robiłam, ale myślę, że nikt nie będzie potrzebował aż takiej pomocy, i oszczędzę Wam dodatkowych 25 zdjęć :P


Ech ciasto marchewkowe + latte i już więcej nic mi nie potrzeba :) Może dobre towarzystwo i ładna pogoda  będą się jeszcze pięknie z tym komponować:) 

Bardzo lubię piec ciasta, więc może wkrótce podzielę się innymi przepisami, jeśli jesteście zainteresowane:)
A tymczasem do następnego! Lecę pakować walizkę :)

piątek, 13 kwietnia 2012

miłe niespodzianki :)

Hej!
Nie podzieliłam się jeszcze z Wami miłymi akcentami, które mnie spotkały w zeszłym tygodniu :)
Zacznijmy od wtorku! 
Po pierwsze dostałam kupon na darmowe zajęcia z pilatesu w ramach prezentu od Zajączka (a właściwie od szkoły tańca, do której chodzę na zajęcia). W dodatku, kiedy szłyśmy z koleżanką wcześniej do Złotych Tarasów, na chodniku stała Pani, która rozdawała kupony na darmowe zajęcia z zumby, i to akurat do mojej szkoły! :D A na zumbę chciałyśmy już się kiedyś wybrać :) 
Mam czas na wykorzystanie tego kuponu do końca tygodnia, więc jutro lecę na zumbę :)
I tym oto sposobem zaoszczędziłam 70 zł:)

Druga, ale równie wspaniała niespodzianka spotkała mnie w piątek:)
W piątek przed świętami, jak nigdy miałam jeszcze zajęcia;/ Znajomi z innych uczelni mieli wolne już od środy, a ja nie dość, że zajęcia miałam do samego końca, to jeszcze w czwartek miałam kolokwium z podstaw zarządzania, a w piątek poprawę zaliczenia ze statystyki! 
Na szczęście ten przedmiot już się skończył, tylko weź tu jeszcze go zalicz:(
Po poprawie nie miałam najlepszego humoru, bo kompletnie nie wiedziałam, czego się spodziewać... A następna możliwość zaliczenia jest dopiero w czerwcu prawdopodobnie, co niekoniecznie mi pasuje, bo mam na głowie jeszcze matematykę, która prawdopodobnie też będzie w czerwcu..
Nie chciało mi się wracać do domu autobusem, a tata miał kończyć pracę za kilka godzin (zwykle się z nim zabieram do domu:) ), mojej koleżance też się nie chciało wracać do domu, a miała jeszcze gorszy humor niż ja, bo faktycznie dostała trudniejszą grupę... A akurat autobus, do którego wsiadłyśmy (tj. 166:P) przejeżdża koło Starbucksa i tak oto postanowiłyśmy iść na kawę i pogadać sobie :)
Nie wiem, czy już kiedyś wspominałam, ale uwielbiam kawę! Latte <3 bo normalnej czarnej nie cierpię :P
Jeśli czytałyście poprzednie posty, to chyba powinnyście już to wiedzieć:) 
Kocham latte!:) I Starbucksa! 
Jak już znajdę się w Stanach jako au pair to istnieje poważne ryzyko, że 'przepiję' duuużą część kieszonkowego :P hehe Jak to brzmi :)
Fakt faktem oni mają dobrze z tym Starbucksem i szczerze im zazdroszczę :) 
Gdybym miała w Polsce wydawać codziennie na kawę mniej więcej 10-15zł to bym zbankrutowała!
Ba! To jest po prostu niemożliwe, bo nawet nie dysponuję taką ilością pieniędzy, jako biedna studentka.
Prosta kalkulacja mówi, że codzienne picie kawy w takich kawiarniach kosztowałoby nas 300-450zł miesięcznie... A gdzie reszta? Dla przeciętnego Polaka to niemożliwe... Smutna prawda, ale prawda:(
No ale pomijając, raz na jakiś czas można sobie pozwolić :)
A wtedy, kiedy nie można sobie pozwolić, pije się w domku:) 
Powiem Wam, że zwykła rozpuszczalna zaparzona minimalną ilością wody i zalana gorącym mlekiem do końca też jest pyszna! A jeśli jeszcze sobie spienimy mleko, to już mamy domowego Starbucksa! :D hehe

Wracając do tematu, bo nigdy nie napiszę to, co ważne w tej sprawie:P
Poszłyśmy tam z koleżanką - na tym chyba skończyłam:)
Ona zamówiła średnie capuccino orzechowe, a ja dużą zwykłą latte (zawsze szybciej piję od moich koleżanek, i muszę brać największą kawę żeby nie siedzieć nad pustym kubkiem:P).
Dostałam kawę jako pierwsza i zadowolona jak zawsze po prostu zaczęłam się rozkoszować jej smakiem:)
Jednak po chwili dopatrzyłam się, że nasze kubki są tej samej wielkości. No jak to? Przecież zamówiłyśmy inne rozmiary... Patrzę na paragon - no zapłaciłam za dużą, to czemu mam średnią...
Idę się zapytać, a co! W końcu zapłaciłam. Łudziłam się, że może mi doleją różnicę :P hehe
Jednak dziewczyny za ladą były po prostu przemiłe, i było im bardzo głupio z powodu pomyłki. 
Od razu zaczęły robić mi nową kawkę, tym razem dużą!:) I w dodatku zaproponowały mi, w ramach przeprosin, dodatkowy syrop do kawy. Polecały malinowy, więc przystałam na tę propozycję.
 A no i powiedziały, że z tą poprzednią kawą mogę zrobić co chcę:) 
Tak więc miałam dwie!:P hehe Czyli ponad litr kawy :P 
Opiłam się za wszystkie czasy, no ale nie mogłam pozwolić, żeby się zmarnowała przecież:P

I tym sposobem znowu zaoszczędziłam - tym razem 13zł :)
Jeśli będziecie miały możliwość, koniecznie spróbujcie starbucksowej malinowej latte! Jest po prostu przepyszna, no i ładnie wygląda:) różowiutko :P

sobota, 7 kwietnia 2012

Święta, święta! :)

Właściwie to już mamy święta! Ja od wieczora, dokładnie od chwili kiedy zakończyłyśmy z mamą gotowanie i sprzątanie ostatnim odkurzeniem podłogi w kuchni :) Z samych świąt nie cieszę się już tak, jak to było kiedyś, w dzieciństwie... Teraz cieszy mnie jednak bardzo myśl o pysznościach, które znajdą się na moim stole (tym bardziej, ze przez cały post nie jadłam słodyczy i chleba), wizycie dawno nie widzianych sióstr (właściwie niedawno się widziałyśmy, ale krótko :P oj nie będziemy mogły się nagadać) i wolnych dniach od uczelnie - wreszcie! :)  To smutne, ale w dzieciństwie te święta były zdecydowanie piękniejsze i bardziej magiczne... Zawsze spędzaliśmy je w dużym gronie rodzinnym. Jednego dnia jeździliśmy do babci ze strony mamy, do której zjeżdżała się reszta rodzinki. Dzieciaków dużo nie było, ale piątka nas biegała, a i wujkowie i ciocie uczestniczyli w Dniu Wielkiego Lania :) Nie zapomnę, jak mnie wujek zlał wodą tak, że mokrą miałam i śliczną nową sukienkę i nawet majtki pod nią :P a miałam mniej więcej 7 lat :) ten sam wujek innym razem oblał mnie ze szlaufa, kiedy byłam na tarasie na 1 piętrze:P eh to były czasy:)  drugiego dnia jeździliśmy do rodziny taty, gdzie było dużo więcej ludzi i samych dzieciaków. Wtedy te święta były tak wesołe i radosne, że pisząc tego posta, na samo ich wspomnienie uśmiecha mi się buzia :) Lany to był prawdziwy lany! :D a teraz to to nie ma nawet sensu, jak dla mnie:) co, ja dorosła baba mam biegać i się wygłupiać, oblewać innych dorosłych? to już nie to samo:/ Tym bardziej, że święta spędzamy w mniejszym gronie, bo rodzinka się trochę rozproszyła ze względu na dorosłe niegdyś dzieci, które zakładają swoje rodziny. Chyba muszę poczekać na nowe, młode pokolenie maluchów - wtedy znów będzie wesoło :) Dziś w domu jest zwykle nawet 'kłótnia' o to, kto ma iść z koszyczkiem, a kiedyś tylko się na to czekało :)

Ja w ogóle jestem taka prorodzinna, i zawsze marzyłam o świętach w gronie dużej rodziny, ale as teraz mało jest niestety, więc kolejne rozwiązanie, na które przed chwilą wpadłam - muszę mieć męża z dużą rodziną :P hehe

Wczoraj bawiłam się w pisanki:P hehe Od jakiegoś czasu kupujemy takie koszulki i nie ma problemu z jajkami, bo są ładne, nie barwią, a cała 'zabawa' zajmuje tylko chwilę :) W tym roku jednak dopatrzyłam się nowości "wyklejanek" i postanowiłam się pobawić trochę dłużej. Zestaw zawierał 5 barwników do jajek i naklejki. Przyklejamy na jajko jakiegoś kwiatka, wkładamy do szklanki z barwnikiem, przyklejamy następnego i wkładamy do innej szklanki i tak dalej, a potem wychodzi nam śliczne jajeczko z kolorowymi wzorkami :) hehe


Moje jajeczka wyszły średnio starannie, bo już nie miałam siły do tego, brakowało mi pomysłowości, a w dodatku senność nie dawała spokoju, a ręce i ręcznik były całe kolorowe :P 
choć nie powiem, że 'efekt tęczy' mi się nie podoba :P

Dodatkowo na sam koniec 2 jajka pomalowałam zwykłymi flamastrami, w biedronki :)

Moja twórczość :P hehe
To staranie się i tak w sumie jest bez sensu, bo jedna chwila i zostają tylko skorupki :P

Dziś dopiero się zorientowałam, że mój tata się rozszalał i mamy 6 mazurków!!

Czekoladowe i kajmakowe - po prostu uwielbiam! Co roku są takie same:)
Jak pomyślę, ile jedzenia będzie na świątecznym stole, to aż strach pomyśleć, kto to wszystko zmieści:P
Samych ciast nie wiadomo ile, a gdzie reszta... 
Ale moja mama od zawsze gotuje 'dla armii', jak to sobie określamy :)
Najem się za wszystkie czasy! hehe

I Wam też kochani życzę samych pyszności świątecznych!:) 
(kalorii nie liczcie! - raz można odpuścić:P)
Ale przede wszystkim duchowego przeżycia tych świąt, bo to przecież nie chodzi o to co na stole, czy obok stołu, ale o to, co w naszych głowach i sercach... Niestety ciągle o tym zapominamy..
Życzę Wam też wesołych, zdrowych i pogodnych Świąt spędzonych w rodzinnym gronie :) 
No i niezbyt mocnego lania, takiego symbolicznego...:)

I tym akcentem kończę notkę i idę spać, bo muszę wstać z samego rana.
Może uda mi się nadrobić wkrótce zaległości, bo czeka mnie prawie cały tydzień wolnego :)
Buziaki:*

piątek, 23 marca 2012

Jestem trochę zawiedziona tym, ze nadal nie znalazłam jeszcze rodzinki na summer au-pair, a kolejne wysyłane aplikacje na www.aupair-world.net kończą się negatywnymi odpowiedziami. Dołujące to :( Ale z drugiej strony wiem, że dopiero teraz zaczyna się ten "sezon" i dopiero pojawiają się rodzinki.

Miałam super match. W dodatku było tak, że to oni mnie znaleźli, a nie ja ich. Chcieli au-pair do 1 dwuletniego dziecka (drugie w drodze), a przy tym mieszkałabym w Londynie, we Włoszech i jeszcze zwiedziła Pragę. Oferta po prostu cud-miód, jak to mówią. No ale odpowiedziałam 2 dni później, i już nie odpisali...Pewnie znaleźli kogoś innego:(

Drugi match jest aktualny, ale...ale dotyczy rodzinki w Polsce... Mieszkają na granicy z Niemcami. Sytuacja z dziećmi identyczna jak wyżej, no ale Polska...i 500zł/miesiąc.. wiec to nie to o czym myślę:)

Trzeci match to oferta ze słonecznej Italii. Rodzinka mieszka przy granicy ze Szwajcarią, więc to nie "ten" klimat. 3 dzieci (10, 7 , 7 miesięcy) ale opieka właściwie głównie nad najmłodszym. Mieszkają chyba w jakimś wysokim piętrowym budynku, coś w tym stylu, bo na dole jest kawiarnia którą prowadzi hostka z siostrą. Tylko, że ona nie za bardzo mówi po angielsku, bo napisała w profilu właśnie tak, i że na górze mieszka jej brat z dziewczyną, którzy mówią po angielsku, więc w razie potrzeby pomogą w komunikacji:) ale dzieciaki uczą się w szkole angielskiego. No i oferują pokój z małą łazienką, no i chyba rower :P  Odpowiedziałam TAK, ale nie odpisali jeszcze..Wydaje mi się, że nie mają konta premium, więc pewnie nawet nie mogą..


Było jeszcze kilka ofert, ale albo 4-5 dzieci albo dzieci ponad 12 lat, albo jeden chłopiec 11 (przepraszam co ja z takim dzieckiem będę robić:P), albo samotny ojciec (tego się obawiam trochę:P).


W ogóle będąc nieco zdesperowaną postanowiłam założyć także konta na innych stronach tj. easyaupair i greataupair. I szczerze mówiąc nie wiem, czy to był dobry pomysł:) 


Po pierwsze nie mogę się tam za bardzo odnaleźć. Aupair-world.net jest zdecydowanie "prostsze w obsłudze" :)
Po drugie na easyaupair nie mogę zobaczyć rodzinek, które są mną zainteresowane, bo nie mam wykupionego konta premium... Może da się to jakoś obejść? Jestem nieoświecona w temacie tej strony:)
A po trzecie... no właśnie, wydaje mi się, że działa tam sporo scammerów...
Otóż odkąd założyłam te 2 nowe konta, praktycznie codziennie dostaję na maila wiadomości o pracy jako au pair, od różnych rodzinek. Niektórzy kompletnie chyba nie czytają tego, co ludzie piszą w swoich profilach.. Napisałam jasno i wyraźnie jakie kraje mnie interesują, i że pobyt od końcówki czerwca do końca września (najdłuższy możliwy). A ja dostaję maile z propozycjami wyjazdu do Stanów, do Chin... Na kilka miesięcy, na rok... A w dodatku te wiadomości od ludzi np. z UK brzmią dosyć dziwnie...Tak bardzo 'profesjonalnie' jeśli wiecie, co mam na myśli, i w zupełnie innym stylu, niż wiadomości od rodzinek, z którymi się kontaktowałam przez aupair-world.net ( a sporo tych wiadomości wymieniłam, szczególnie w zeszłym roku).
W tym tygodniu odezwała się pewna rodzinka z UK od razu na maila, więc nie wiem z którego serwisu konkretnie, ale tak: 1 dziecko, Londyn, wolne weekendy, chcą zorganizować całą sprawę papierkową, a co najciekawsze, sprawa finansowa przedstawia się tak:


 You will be paid an allowance of 700GBP monthly and 200GBP every
second week of every month for your pocket money and your work hour
will be 30hrs per week.

No nie wiem, ale nie wydaje mi się to 'poważną ofertą'..szczególnie z tą całą organizacją spraw formalnych, bo przecież będą chcieli moje dane :) 

Generalnie dziwne rzeczy się dzieją:) Dostaję nieprzekonywujące mnie oferty au pair, w dodatku od razu na maila, a nie do serwisu..

Chyba zostanę przy aupair-world.net z nadzieją, że w końcu ktoś się na mnie pozna i zechce mnie przyjąć pod swój dach :) Czekam na fascynującą ofertę, najlepiej z Hiszpanii:) Trzeba uzbroić się w cierpliwość:)

wtorek, 20 marca 2012

Pożywne śniadanko na pierwszy dzień wiosny! :)

Hej wszystkim! witam Was wiosennie :)
Podobno dziś o 6.14 zawitała do nas kalendarzowa wiosna! :)
Cieszę się bardzo, że ta prawdziwa przyszła kilka dni wcześniej.
 Szczególnie w weekend dało się poczuć już ją całkowicie :D (zdjęcie wyżej dowodem:) )

U mnie dziś słonecznie, jak na wiosnę przystało :) 
Słoneczko świeci, promienie wpadają do domu, i humor od razu lepszy :)

Ja dziś leniuchuję, tzn. nie poszłam na uczelnię :P 
Chociaż planowałam iść, ale w końcu to tylko 1 nieobowiązkowy wykład, co z tego, że ze statystyki :P

A tu moja dzisiejsza propozycja śniadaniowa :) Niezwykle zdrowa, smaczna i pożywna :)

Koktajl bananowy z kiwi


Co nam będzie potrzebne do zrobienia takiego koktajlu?

Jak na załączonym obrazku widać:)


-banan
-kiwi
-siemię lniane
-otręby
-jogurt naturalny

(no i oczywiście blender, czy cokolwiek do przygotowania takiej konsystencji:) )

Podaję listę składników, które użyłam, ale rzecz jasna można je dowolnie modyfikować :)
Ja użyłam 1 małego banana i 2 małe kiwi. Do tego wsypałam dużą łyżkę siemienia (ma super właściwości odżywcze, szczególnie na cerę i włosy) oraz łyżkę otrębów. Ja akurat miałam pod ręką pszenne, ale oczywiście każde są dobre :) Są wspaniałym źródłem błonnika. No i do tego kilka łyżek jogurtu, wg uznania. Można dodać mleko, jeśli wolimy bardziej płynną konsystencję. Ja z racji uczulenia na nie, staram się ograniczać jego spożycie, chociaż nie jestem w stanie do końca zrezygnować - z owsianki, czy muesli na mleku - nigdy :P Jeśli uważacie, że za mało słodkie, to można dosłodzić. Najlepiej i najzdrowiej miodem. 
Dla mnie ta wersja była megapycha! :D

 

SmaczneGO! :D

piątek, 2 marca 2012

Marzenia muszą poczekać...


 Tego wpisu nie było w planach :) Ale właśnie wczoraj, kiedy wróciłam do domu z uczelni czekała na mnie przesyłka :) Kilka dni temu zamówiłam biuletyn z Au Pair in America, i dotarł  w ekspresowym tempie :)  A akurat wczoraj, chociaż nie tylko, bo generalnie jestem przerażona moim kierunkiem studiów, i tym jakim cudem ja temu podołam..:(  Czekam z niecierpliwością, aż je skończę (o ile mi się to uda), a potem śmigam za ocean :P Na dzień dzisiejszy wybrałabym właśnie Au Pair in America, lub Cultural Care Au Pair. Na dzień dzisiejszy pozostają mi marzenia i aupairkowy długopis, który codziennie będzie mi przypominał, że jeszcze trochę czasu musi upłynąć, zanim będę mogła je zrealizować...


Zaczęłam się też zastanawiać, czy "opiekowanie się cudzymi dziećmi" to szczyt marzeń wielu dziewczyn? Jakkolwiek głupio to brzmi, to tak jest, bo bycie au pair to nie tylko to, ale znacznie więcej! Najsmutniejsze w tym wszystkim są tylko powroty do szarej rzeczywistości..:( I strasznie mi przykro, gdy potem się okazuje, że niektóre dziewczyny po wielu miesiącach przygotowań, oczekiwań, stresu i ekscytacji, muszą wrócić do Polski po tygodniu, czy miesiącu pobytu w Stanach z powodu "niedogadania się z rodzinką". Nigdy nie wiadomo, co nas czeka... Ale myślmy pozytywnie! :D

niedziela, 26 lutego 2012

za szybko

Zdecydowanie za szybko leci ten czas:/ Dopiero co cieszyłam się perspektywą 17 wolnych dni przede mną, a tu już pierwszy tydzień nowego semestru za mną, a już jutro zaczyna się kolejny :(
Oj, ja nie wiem, jak to się dzieje, że ten czas tak mi ucieka:(
Generalnie na uczelniach wyższych jest tydzień przerwy międzysemestralnej. Ja, jak już napisałam wyżej, miałam prawie że 3 tygodnie:) A to dlatego, że mój kierunek wcześniej zakończył sesję, w której właściwie mieliśmy tylko 2 egzaminy, a resztę pisaliśmy zanim jeszcze nastała sesja.. No więc mimo, że 3 tygodnie to zleciało, jak z bicza strzelił :( Pierwszy cały wolny tydzień postanowiłam leniuchować i odreagować po zaliczeniach, jednakże nie było to do końca możliwe, gdyż w mojej głowie ciągle siedziała poprawka z matmy;/ tak czy siak, w domku miło się siedziało :) W drugim tygodniu pojechałam wraz ze znajomymi w góry do Zakopanego :) Co prawda tylko 4 dni, ale było świetnie :) Pomijając fakt, że zaliczyłam 1 porządną glebę na stoku, i to już pierwszego dnia! Hmm, no więc, pierwszy raz na nartach jeździłam 6 lat temu - byłam na obozie na Słowacji, i tam uczyłam się dopiero jazdy na nartach, od podstaw. Potem tak się złożyło, że już nie jeździłam, aż do tego roku. Trudno więc nie zapomnieć paru rzeczy po takiej przerwie. Pamiętam, że będąc na obozie, jeździłam zarówno pługiem, jak i równolegle, a instruktor bardzo mnie chwalił mówiąc, że już szybciej uczyć się nie da :P Do tej pory pamiętam, jak to się robi w teorii. No właśnie - w   t e o r i i. Bo na stoku ciężko panować nad nartami i prędkością, jeśli nie ma się wprawy. Wiedziałam, że muszę najpierw pozjeżdżać duuużo razy z najmniejszego stoku. Jednakże nie wiem kompletnie czemu, już pierwszego dnia zgodziłam się na propozycję ziomków, żeby zjechać ze średniej wysokości. A właściwie może i wiem - na najniższy stok są największe kolejki, a zjazd trwa naprawdę krótko :(
No więc sobie wjechałam i ku mojemu przerażeniu, będąc już na szczycie, pode mną była prawie, ze pionowa ściana, po której miałam zjechać... z drugiej strony było mniej stromo, więc tam też się udałam, a tym stromym zjazdem tylko szusowały kolejne małe brzdące.. Cudowny widok - 3 i 4 latków jeżdżących na mini nartach :) Rozpływałam się na ich widok:) Wracając, zaczęłam zjeżdżać ze średniego stoku, ale nabierałam bardzo dużej prędkości, mój mega pług nie pomagał mi w hamowaniu, wiec nie miałam żadnej kontroli. Wszystko działo się bardzo szybko, więc nagle po prostu leciałam i spadałam ze stoku, nawet nie mam pojęcia jakie figury przy tym robiąc. Kiedy tak już całkiem wylądowałam na środku stoku, zobaczyłam, że moje narty zostały na górze... Nie miałam, jak po nie wrócić, bo cały czas się zsuwałam ze stoku;/ Ktoś uprzejmy (nawet nie wiem kto, i czy to nie był obcokrajowiec) zjeżdżając z góry zatrzymał się, pozbierał moje narty i mi podwiózł. Podziękowałam, ale nie usłyszałam, żadnej odpowiedzi, więc może jednak obcokrajowiec :P Ale mając narty koło siebie, ja dalej się zsuwałam, a one znowu na górze zostały. I weź tu zejdź! Przypominam, że siedziałam na środku stoku! Rozpaczliwie próbowałam wedrzeć się na górę, i wreszcie udało mi się chwycić te narty! No i co dalej?? Zjazd na tyłku na sam dół, z nartami i kijkami w rękach! :P hehe Na szczęście nic poważnego mi się nie stało, troszkę się tylko poobijałam, ale powiedziałam znajomym, żeby nawet mi nie wspominali, że chcą żebym ja tam znowu wjechała! Generalnie nie podobało mi się, bo już pierwszego dnia złe doświadczenie, a następne dni upływały pod znakiem małego stoku, gdzie zjazd trwał 2 minuty, a stanie w kolejce 30 minut;/ Dlatego jednak ostatniego dnia odważyłam się na ponowny wjazd na średni stok, i powoli, pługiem jakoś jechałam :) Przez ostatnie dwa dni padał śnieg, więc jeździło się duużo wolniej (na szczęście) :) A żeby nie było! - wjechałam i na najwyższy stok, ale już bez nart, i sobie po prostu zeszłam! :P hehe Podsumowując na stoku - 1 wywrotka. A L E ! to nie koniec:) bo zaliczyłam jeszcze 2 ale... na mieście :P 1 na chodniku - poślizgnęłam się, przewróciłm, podniosłam, poszłam dalej :P Generalnie to zakopiańskie chodniki to masakra o tej porze roku - wyobraźcie sobie chodnik, na nim warstwa lodu, a na niej warstwa śniegu - i jak tu iść? :P Drugi upadek - oj to był ubaw dla innych. Gdzie? Na środku Krupówek!! Zagadana z koleżanką Kasia nie zauważyła, że wchodzi na ślizgawkę, no i buuum! Leży jak długa. A ludzi na Krupówkach "jak mrówków" - sezon przecież. Mało tego, chodzi tam sporo poprzebieranych misiów i innych tgo typu pluszaków (wiecie o co chodzi? chca robić zdjecia itp), no wiec taki miesiek widział mój upadek i na całe Krupówki - "NO I ZŁAPAŁA ZAJĄCA!" osz kurcze :P w przyrodzie nic nie zginie:P no to mówię, że no złapałam, ale uciekł, a on mnien wyściskał na pocieszenie :P haha no ale to był bolesny upadek - ręka, udo, ajć..:P
Tak więc narty oraz 4 kilometrowe spacery na Krupówki - pod tym znakiem minął nam wyjazd:)  No i pod znakiem jedzenia - bo porcje, jak to w karczmach - mega, ale za to pysznie było :P hehe

W świetnej karczmie z góralską muzyką na żywo - mogłabym tam być codziennie,!
(pod warunkiem, że dawaliby mi połowę porcji:P

Dom do góry nogami :)

Zakopiańskie ławeczki :P

Na saaaamej górze :P

Sypnęło śniegiem troszkę :P

Kogoś bym rzuciła - kto chętny?:P

urocza chatka:)



Przed wyjazdem jeszcze miałam zrobić wpis na temat farbowania włosów henną, nawet zrobiłam zdjęcia specjalnie! Ale czasu mi jakoś zabrakło:/ Tak wiec, wkrótce postaram się zrealizować ten wpis, a także pokażę co kupiłam w ostatnim czasie, bo troszkę mi się tego nazbierało, a także udało mi się upolować 2 rzeczy, które baaardzo bardzo chciałam mieć! :) Jak się w końcu zmobilizuję to też pokażę, mój największy "łów" z wyprzedaży :P A tymczasem uciekam, bo jutro muszę wstać raniutko, bo o 5.30, a chciałam w końcu iść wcześnie spać! jednakże też chciałam, już od dawna zrobić kilka wpisów, ale ciężko z czasem było:/ Prawie przez cały tydzień późno wracałam do domu:(

Do następnego! Buziaki! :)


PS Sprawy au-pairowe nadal są u mnie aktualne! Szukam oferty na summer au-pair, ale nadal się zastanawiam czy jechać na własną rękę (mam konto na aupair-world.net ale jakoś opornie idzie to szukanie rodzinek:/) czy skorzystać z agencji (mam na myśli happyaupair). Wiem, że wyjazd tylko na lato, i to do Europy - niezbyt się opłaca z agencją, a przynajmniej tak uważa większość dziewczyn... ale boję się, że nie znajdę rodzinki:( chociaż chyba dopiero teraz zaczną się "żniwa" w tej kategorii :P widzę, że coraz więcej nowych rodzinek się pojawia na aupair-world.net