Strony

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą podróże. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą podróże. Pokaż wszystkie posty

środa, 30 kwietnia 2014

Płynne złoto Berberów

O tym, jak się wyrabia olej arganowy już niewiele pamiętam. Moje zdjęcia są niestety dość słabe, bo mój aparat zmierza w kierunku emerytury, a ja rozglądam się za czymś nowym, bo będę go potrzebować! :) Wspomogłam się kilkoma artykułami i zdjeciami z internetu. To tak słowem wstępu.

Olej arganowy jest nazywany płynnym berberyjskim złotem. Nierzadko też spotkamy się z określeniem 'złoto Maroka'. Olej arganowy jest wytwarzany z oliwek drzewa arganowego, które pokazywałam Wam już wcześniej. Obecnie możemy zauważyć prawdziwy boom na ten olej jako kosmetyk.

O drzewie arganowym

Drzewo arganowe (argania spinosa) jest także nazywane „drzewem życia”. Dorasta do 10 metrów wysokości, a korona drzewa posiada średnicę do 14 metrówRośnie tylko w południowej części Maroka, na równinie Souss, w okolicach Agadiru, i nigdzie więcej. Obszar ten obejmuje ok. 800 hektarów i jest rezerwatem biosferycznym UNESCO. Próbowano sadzić te drzewa także w innych częściach świata, jednak bez skutku. Rośliny przyjęły się tylko w Meksyku, jednak przedwczesna radość naukowców nie miała szczęśliwego finału. Okazało się, że drzewa owszem rosną i się rozwijają, ale nie dają owoców. 

Tak więc z tym drzewem możemy się spotkać tylko w Maroku, i to nawet nie w całym, bo tylko w okolicach Agadiru. By drzewo mogło egzystować i owocować w warunkach pustynnych, musi posiadać korzenie sięgające wody gruntowej i tym właśnie szczyci się drzewo arganowe – jego korzenie dochodzą do 30 metrów głębokości w ziemi. Drzewo żyje i owocuje średnio 150-200 lat, dość często spotykane są egzemplarze około 400-letnie. Owocuje co drugi rok, a w latach szczególnie suchych robi sobie dodatkowo przerwy w owocowaniu. Owoc arganowy jest wielkości małej śliwki, żółtego koloru, a wewnątrz posiada gorzką masę z ok. 3 ziarnami orzecha. Skorupa orzecha arganowego jest 16 x twardsza od skorupy orzecha laskowego.


O produkcji oleju

Olej arganowy jest jednym z najdroższych olejów na świecie, ze względu na jego ograniczoną dostępność oraz pracochłonny proces pozyskiwania. Tradycyjnie olej arganowy tłoczony jest przez kobiety z plemion berberyjskich. Jest to bardzo pracochłonny proces, polegający na na zmieleniu w ręcznych żarnach ziaren owoców drzewa arganowego do oleistej pasty, z której ręcznie wyciska się olej. Ponieważ ziarna trudno otworzyć (a każdy pojedynczy orzech musi zostać otwarty!), zbiera się je wyplute lub wydalone w odchodach przez kozy. Następnie oczyszcza się je, rozłupuje, suszy, praży, dodaje wodę i dopiero mieli. Mówi się, że produkcja jednego litra oleju trwa około 20 godzin. Do wytłoczenia jednego kilograma oleju metodą tłoczenia na zimno potrzeba 3 kilogramy nasion, które uzyskuje się z 30 kilogramów orzechów (tyle zbiorów daje średnio jedno drzewo!). Szacuje się, że rocznie zbieranych jest około 350 tys. ton owoców i ok. 11ml. litrów oleju. W porównaniu,  oleju z oliwek rocznie uzyskuje się ok. 2,4 mld litrów. W ostatnich czasach zaczęto mechanicznie tłoczyć olej, co znacznie skróciło czas produkcji, ale też i pogorszyło jakość oleju. Mimo wszystko wciąż istnieją tradycyjne manufaktury. Właśnie w takiej miałam okazję być w czasie wycieczki.
Olej arganowy jest olejem z pierwszego tłoczenia, tłoczony na zimno z najlepszych nasion. Jest nieco ciemniejszy niż oliwa, z czerwonawym zabarwieniem. Rozróżnia się dwa rodzaje oleju arganowego: ciemniejszy, który może być używany do gotowania (obowiązkowy składnik większości dań marokańskiej kuchni) oraz jaśniejszy – kosmetyczny.


Zastosowanie oleju arganowego

Olej arganowy ma wiele zastosowań w medycynie naturalnej, kosmetyce i pielęgnacji ciała. Używany jest:
  • jako silny antyoksydant przeciwko wolnym rodnikom,
  • w zapobieganiu chorobie Alzheimera i Parkinsona,
  • w zmniejszaniu ryzyka zachorowania na raka piersi, skóry, prostaty,
  • w obniżaniu ciśnienia, poziomu cholesterolu, zmniejszaniu ryzyka zawału serca i miażdżycy,
  • wpływa dodatnio na krążenie krwi,
  • w leczeniu chorób skórnych, trądziku, poparzeń słonecznych,
  • przy problemach z włosami: wypadanie, rozdwajanie, itd.
  • przy problemach z cellulitis,
  • jako środek spowalniający procesy starzenia się, prawdziwy Eliksir Młodości!
  • także wzmacnia włosy i paznokcie
Olej ten znalazł zastosowanie w kremach pielęgnacyjnych, w produktach przeznaczonych do pielęgnacji okolic oczu i ust, mydłach, olejkach przeciwsłonecznych, maseczkach.

Ostrożnie z zakupami

Przy zakupach tego oleju należy zachować czujność, gdyż często wciskany nam jest olej 'w promocyjnej, okazyjnej cenie', jednak nie jest on czystym olejem arganowym, a mieszanką tegoż oleju i innych, no. słonecznikowego czy rzepakowego. Często też jest barwiony dla koloru naturalnymi barwnikami, np. papryką. Taki olej nie ma już tych najcenniejszych wartości. Dlatego jeśli zależy nam na jakości oleju należy zwrócić uwagę na to, czy posiada on certyfikat. Daje to nam gwarancję autentyczności i wysokiej jakości produktu.  

Słodka ciekawostka :)

Z pozostałości po wytłoczonym oleju wytwarza się tak zwaną 'marokańską nutellę' - amlou. Jest to gęsta pasta, o konsystencji wg mnie czegoś pomiędzy gęstym miodem (który notabene jest jednym ze składników) a oliwą, koloru niemalże czekoladowego. Przyznam się, że amlou skradło moje serce i oczywiście zakupiłam słoik do domu :) Jeszcze mam resztki, które spożywam bardzo oszczędnie, bo uwielbiam amlou! W smaku przypomina masło orzechowe. Wspaniale smakuje ze świeżą bagietką. I tak właśnie spożywa się amlou na śniadanie w berberyskich domach.

Kilka moich zdjęć:

 Drzewka arganowe wraz z kózkami akrobatkami:

Manufaktura, gdzie wyrabia się olej arganowy

Kobiety podczas pracy. Przy okazji dały nam wspaniały pokaz śpiewu i gry na łyżkach, talerzach i na czym tylko mogły. Wspaniała atmosfera! 

Tutaj można było zobaczyć, jak wyglądają oliwki arganowe w poszczególnych procesach produkcji (suszone, palone itd.)

W manufakturze również był mały sklepik, gdzie można było kupić arganowe wyroby.
Do mojego koszyka trafiły oleje arganowe: kulinarny i kosmetyczny.

Tutaj, w tradycyjnym piecu, tuż obok manufaktury, Pani wypiekała tradycyjny chlebek.

 A tu jeszcze Wasz włóczykij, nieogarnięty po podróży, na tle manufaktury i pieca :)

Zainteresowanym polecam artykuł, z którego korzystałam.
Kilka zdjęć wykorzystałam ze stron:
www.multinationalcook.blogspot.com
www.saudiaramcoworld.com
www.planetazdrowie.pl/


piątek, 25 kwietnia 2014

W drodze do Essaouiry

Czas się wziąć za pisanie relacji z kolejnych dni pobytu, bo to już półtora miesiąca od kiedy wróciłam! Och żebym tylko nie zapomniała wszystkiego, o czym chciałam Wam napisać! Nie będzie to już tak szczegółowa relacja, ale mam nadzieję, że dam radę.

Dzień drugi będzie w dwóch częściach, bo strasznie długi post mi wyszedł!:)

Dzień 2 - Agadir - Essouira - Safi

Dzień drugi mojego pobytu w Maroku był zarazem dniem pierwszym objazdówki. Rano powitała nas pani pilot, która swoją drogą jest prawdziwą profesjonalistką! Jestem bardzo zadowolona z tego, że trafiliśmy akurat na nią, i będzie ona na pewno dla mnie swego rodzaju wzorem zawodowym. Cieszę się, że miałam okazję przyglądać się jej pracy.
Pierwszym punktem na trasie po porannym wyruszeniu z hotelu był przystanek na tarasie widokowym, gdzie uwieczniłam kilka pięknych widoczków:



Na tym zdjęciu po lewej stronie widać trasę. I tak przez kilkaset kilometrów ciągnie się ona wraz z brzegiem oceanu, można jechać i jechać :)


Krajobrazy w okolicach Agadiru to przede wszystkim drzewa arganowe. Z których owoców (oliwek) wyrabia się słynny olej arganowy, na który teraz panuje istny szał :)
Co ciekawe okolice Agadiru to jedyne miejsce na świecie, gdzie te drzewa rosną. Próbowano uprawiać je w innych krajach, jednak bezskutecznie. Nawet w innych regionach Maroka nie chcą rosnąć. Jedynym miejscem, gdzie udało się to 'przedsięwzięcie' był Meksyk, ale nic z tego, bo drzewa owszem rosły, ale nie owocowały. A sekret tkwi właśnie w oliwkach tego drzewa, które są ręcznie zbierane przez marokańskie kobiety, a następnie również ręcznie przez nie wytłaczany jest z nich olej. 

A to własnie drzewka arganowe:





Później był czas na wizytę w miejscu, gdzie wyrabia się olej arganowy w tradycyjny sposób. Ale, że to dość ciekawy i dłuższy temat, to myślę, że właśnie następną notkę w całości poświęcę temuż olejowi, zwanemu płynnym berberyjskim złotem :) to tak w ramach projektu Maroko, bo posty wychodzą dość długie, więc nie chcę nikogo zamęczać :)


Plusem podróżowania autokarem jest możliwość podziwiania pięknych widoków. I mimo, że miałam ze sobą książkę, prawie cały czas obserwowałam widoki za oknem. Naprawdę w takim kraju jak Maroko to świetna sprawa. A to dlatego, że krajobrazy są bardzo różne i najzwyczajniej w świecie niespodziewane. Bo ludziom spoza tego kraju Maroko kojarzy się przede wszystkim z pustynią. A to nieprawda! Z resztą sami się przekonacie. Fajne jest to, że krajobrazy są poukładane bardzo tematycznie, niemal jak u nas od morza przez wyżyny aż po góry. Tak tam od pustyni na południu pięknie przechodzimy na zielone widoki północy.



środa, 23 kwietnia 2014

Agadir

Czas zacząć wspólną marokańską przygodę:)


Dzień 1 - Agadir

Dzień pierwszy to jeszcze nie dużo wrażeń. Najpierw sam lot, który miał trwać 4 godziny, z tego co wcześniej się dowiedziałam. Jednak sam kapitan zapowiedział, że będzie to 4 godziny i 50 minut. Powiem szczerze, że to dużo, i ciężko było wysiedzieć tyle czasu tam, bo te samolotowe siedzenia do najwygodniejszych nie należą. Już mnie przeraża te 8 godzin do Stanów :)
Miejsca przy oknie niestety nie miałam, zajął je Pan o południowej urodzie (może Marokańczyk?), który prawie cały lot przespał (spał w dziwnych pozycjach, nawet cały zakryty kurtką, z kapturem na twarzy :P).
Przed wyjazdem bałam się o pogodę, bo czytałam o aktualnych ulewach w Marrakeszu, a internetowa pogoda pokazywała mi 21 stopni... + biorąc pod uwagę wiatr od oceanu, to wcale nie wyglądało na to, że będzie ciepło... Jednak gdy po wyjściu z samolotu poczułam uderzającą falę gorąca, poczułam się o niebo lepiej! Do tego dookoła palmy i mnóstwo Słońca! Ach, jak ja to kocham :)

Lotnisko w Agadirze jest malutkie. Port lotniczy nosi nazwę Al-Massira.  Po wyjściu z samolotu moim oczom ukazał się obrazek identyczny, jak ten na wikipedii:
'Płyta postojowa o powierzchni 170 000 metrów kwadratowych pozwala na jednoczesne przebywanie na niej 10 samolotów Boeing 737 lub 3 samolotów Boeing 747.' Tak mówi ciocia Wiki, więc sami widzicie, że to nie duże lotnisko.
I tu po raz pierwszy spotkałam się z tym, że przed podejściem do jakiegokolwiek okienka, trzeba było wypełnić karteczkę podając wszystkie swoje dane, łącznie z zawodem, datą i miejscem wydania paszportu  oraz hotelem, w którym będziemy mieszkać. Jak się później okazało, takie karteczki wypełnia się przy każdym zakwaterowaniu do hotelu, tak więc przy wycieczce objazdowej, gdzie prawie każdy nocleg spędzamy w  innym hotelu, trochę tego było;)
Po załatwieniu wszystkich formalności, przejściu przez wszystkie bramki i odebraniu bagaży, nadszedł czas transferu do hotelu. Odnośnie Marokańczyków jeszcze, oczywiście wszędzie i za wszystko chcą bakszysz, czyli napiwek. Sytuacja:  Podchodzicie do swojego autokaru, wynajętego przez biuro, w którym wykupiliście wycieczkę, który ma Was zawieźć do hotelu.  Nic nie musicie płacić, załatwiać, po prostu tylko wsiąść. Przy luku bagażowym stoi Pan, który pakuje walizki. Podchodzicie ze swoją walizką, nie możecie jej tam włożyć, bo on to robi, bo to jego obowiązek, za to mu płacą. Wkłada również wasze walizki, a następnie słyszycie 'bakszysz, bakszysz, bakszysz'. Szczerze powiem, że mnie to zszokowało :) Dość dużo wiem o  tamtejszej kulturze, i obowiązkowym bakszyszu również. Ale żeby tak już od razu, teraz, natychmiast? za nic? ja nawet jeszcze żadnych drobnych nie miałam! W dodatku, on już miał z góry zapewniony napiwek. Ale ci ludzie żyją z turystyki, chcą wyciągnąć ile się da.

Hotel Sud Bahia, w którym byliśmy zakwaterowani na tę jedną noc, nie był zbyt fajny. Na jedną noc - spoko, ale na tygodniowe wakacje nie polecam (a ostatnio widziałam i taką ofertę w jednym z polskich biur podróży, -> tygodniowy pobyt kosztował niecałe 1600zł). Tym bardziej, biorąc pod uwagę, to jakie hotele są tam teraz!:) Ten czasy świetności ma już dawno za sobą (u nas byśmy powiedzieli, że 'jak za komuny' :P). Wtedy musiał być naprawdę fajny. Teraz - wciąż ogromny, ale nieco przytłaczający. Najważniejsze, że czysty :)
Ponieważ była godzina ok 17, nie pozostało nic, jak tylko spacer nad ocean! Po drodze wizyta w kantorze i wymiana euro na tamtejsze dirhamy. W prostym przeliczeniu 1 euro = 10 dirhamów.
Hotel był położony troszkę dalej od plaży, więc aby tam dojść trzeba było przejść przez park, gdzie dało się już słyszeć pierwsze zaczepki od Marokańczyków. Wtedy jeszcze krępujące:)

Tyle na temat dnia pierwszego. Zabieram się za kolejnego posta i zapraszam wkrótce do Essaouiry :)
A tymczasem kilka fotek z pierwszego spaceru:

Zdjęcie po prawej: wspomniany wcześniej park
Zdjęcie po lewej: Przepraszam, że takie rozmazane, ale tylko takie mam:) A jest to doskonały przykład,
 tego o czym pisałam wcześniej. Spójrzcie tylko na tego Pana w tle :)
Bóg. Ojczyzna. Król.
 W tle widać stojące do góry nogami rowery. Całe mnóstwo ich na plaży było za każdym razem.


Strasznie lubię to zdjęcie! Przypomina mi zeszłoroczne z Portugalii :)

xoxo
Włóczykij

poniedziałek, 21 kwietnia 2014

Oko na Maroko!

Hej! Postanowione! Łączę moje dwa blogi, więc przenoszę tutaj tamte posty, i tu dokończę realcję z Maroka, mam nadzieję! Prowadzenie jednego bloga w przyszłości może być nieco skomplikowane, a co dopiero dwóch! Także wszystko będzie pod jednym adresem :) Dzisiejsza i 4 następne notki będą przeniesione z tamtego bloga, a resztę dopiszę, na tyle na ile pamiętam :)
-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Sama nie wiem od czego powinnam zacząć tę moją opowieść. Od razu powiem, że będzie ona w częściach, bo wszystko 'na raz' to zdecydowanie za dużo. Samych zdjęć z wyjazdu mam ponad 1500 :)

Może zacznę od tego, co już każdy, kto ze mną rozmawiał wie. Otóż jestem zachwycona i oczarowana Marokiem, i każdy z Was kto ma/będzie miał możliwość udać się do tego kraju, nie powinien się zastanawiać ani chwili! Ja generalnie nie lubię jeździć kilka razy w to samo miejsce, ale wiem, że TAM muszę wrócić :) Chociaż co prawda, nie dokładnie w to samo miejsce, bo czeka na mnie Magiczne Południe :)

Od początku! 
W Maroku byłam 2 tygodnie, od 27 września do 12 października. Był to wyjazd zorganizowany przez biuro podróży. Bardzo popularna i fajna opcja wypoczynek + zwiedzanie. Czyli tydzień spędzamy w autobusie przemieszczając się po kraju i zwiedzając najbardziej atrakcyjne turystycznie miejsca, a kolejny tydzień spędzamy w hotelu na tzw. błogim lenistwie, czyli słodkim nicnierobieniu, aczkolwiek możemy zwiedzać okolicę bliższą lub dalszą na własną rękę, bądź poprzez wycieczki fakultatywne. Generalnie powiem Wam, że bardziej opłaca się dokupić sobie tydzień zwiedzania do wczasów tygodniowych, niż korzystać z poszczególnych wycieczek fakultatywnych. Oczywiście zależy to od naszych możliwości finansowych i czasowych, ale jeśli tylko jest taka możliwość.. nie ma co się zastanawiać :)
Na przykład w moim wypadku, za tydzień objazdówki trzeba było dopłacić ok. 145 euro od osoby. Dużo, nie dużo. Zależy, jak na to spojrzeć. Po kursie 4,25 wychodzi nam niecałe 620 zł, za dodatkowy tydzień wakacji, z wyżywieniem, hotelami, transportem, opieką pilota, przewodników. W moim mniemaniu to naprawdę nie dużo za taki standard. Tym bardziej, że samemu nie sposób zwiedzić to wszystko. Też nie w każde z miejsc, które odwiedziliśmy grupą, odważyłabym się odwiedzić sama, na własną rękę. Jednak kraje arabskie, afrykańskie, muzułmańskie to zupełnie inna kultura. Są na świecie takie miejsca, również w Europie, czy nawet w Polsce, gdzie po prostu samemu lepiej się nie wybierać :) A też informacje przekazywane przez pilota wycieczki są bardzo wartościowe. Części z nich nie wyczytamy w żadnym przewodniku. Oczywiście, wszystko zależy od samego pilota. Miałam okazję być na wyjeździe i z takim pilotem, którego równie dobrze mogłoby nie być (hehe wiecie o kogo chodzi;)). Ale na tym wyjeździe pilotka była prawdziwą profesjonalistką. I jest dla mnie swego rodzaju wzorem w tej kwestii :)
Tak więc 145 euro za cały tydzień zwiedzania, gdzie wykupienie przykładowo dwudniowej wycieczki do Essaouiry i Marrakeszu, kosztuje z tego samego biura 120 euro. Musimy więc wydać prawie tyle samo pieniędzy, i poświęcić 2 dni z naszego krótkiego tygodniowego wyjazdu. No i do tego zwiedzamy tylko 2 miasta, a nie np. 8. Wiadomo, takie ciągłe zwiedzanie jest trochę męczące, no ale to już każdy musi zweryfikować, czego chce od danego kraju, co chce zobaczyć, co przeżyć. Jeśli komuś zależy tylko na wypoczywaniu na plaży, to moim zdaniem nie ma co się porywać na dalsze kraje, bo przez pryzmat plaży prawie każdy kraj wygląda identycznie, a nawet jeśli nie, to różnice są niewielkie (np rodzaj plaży: piasek czy kamienie xD). Bez sensu, jak dla mnie. No ale każdy z nas ma swój własny punkt widzenia. Jako, że ze mnie włóczykij, włóczę się po świecie, by zobaczyć ile tylko się da:)

Wracając do samego Maroka. Mimo, że wydaje nam się, że wszystko o świecie wiemy, to jednak tak nie jest:) A mylnych przekonań na temat tego kraju jest całe mnóstwo. Mało kto wie, że w Maroku panuje król. Również mało kto wie, że językiem urzędowym w Maroku, oprócz arabskiego, jest francuski. A jeszcze mniej osób (jeśli takie są) wie, że w Maroku nie mieszkają tylko Arabowie, ale przede wszystkim Berberowie, którzy są rdzenną  ludnością Północnej Afryki (to też temat na oddzielną pogadankę, ale krótko w tej kwestii: jedni za drugimi nie przepadają, i spróbuj nazwać Berbera Arabem!). Apropos takich kwiatków, ostatnio na przykład usłyszałam, że Maroko jest wyspą. Wielu ludzi nie wie, gdzie leży Maroko. A przecież jest to dość spory kraj, i położony tak blisko Europy! I jeszcze jedna rzecz! Prawie każda osoba, z którą rozmawiałam na temat wyjazdu, kojarzy Maroko tylko z pustynią. A to absolutnie nie prawda! Owszem, na południu kraju jest pustynia. Maroko nawet graniczy z Saharą Zachodnią. Ale im bardziej na północ kraju, tym krajobraz zupełnie inny. Tu nie jest tak jak na przykład w Egipcie, że kraj to jedna wielka pustynia, a życie toczy się jedynie w dorzeczach Nilu. I właśnie to trzeba i można zobaczyć na takiej objazdówce! Bo Maroko to także piękne, zielone widoki! Co ciekawe, roślinność jest 'poukładana'. Co przez to mam na myśli, zobaczycie w dalszych postach i na zdjęciach. Ale najpierw przejeżdżamy przez region, gdzie na prawo i lewo rosną tylko drzewka arganowe, później mijamy  tylko i wyłącznie lasy tujowe, kolejne kilometry za nami, a dookoła nas są tylko dęby korkowe, czy tylko gaje oliwkowe, a w jeszcze innej części kraju widzimy tylko pola obsiane zbożami. Nie widziałam tu takiej mieszanki, jak na przykład u nas. Krajobrazy wydają się być dokładnie poukładane, wg pewnych schematów, zaplanowane. Co z tego wynika? Maroko to kraj kontrastów! Dosłownie. 

Wystarczy chyba tego tekstu na jeden post, co by nikogo nie przerazić :) W kolejnych częściach, będziemy razem po kolei zwiedzać poszczególne miasta. Ile pamiętam i jestem w stanie przekazać, tyle postaram się napisać:) 

Plan wycieczki przedstawia się następująco:
Zaczynając od Agadiru, poprzez Essaouirę, Safi, Al Jadidę, Casablancę, Rabat, Meknes, Vollubilis, Fez, Ifrane, Marrakesz i ponownie na Agadirze kończąc.

Zapraszam więc do Maroka! Przeżyjmy to razem :)


xoxo
włóczykij

niedziela, 26 lutego 2012

za szybko

Zdecydowanie za szybko leci ten czas:/ Dopiero co cieszyłam się perspektywą 17 wolnych dni przede mną, a tu już pierwszy tydzień nowego semestru za mną, a już jutro zaczyna się kolejny :(
Oj, ja nie wiem, jak to się dzieje, że ten czas tak mi ucieka:(
Generalnie na uczelniach wyższych jest tydzień przerwy międzysemestralnej. Ja, jak już napisałam wyżej, miałam prawie że 3 tygodnie:) A to dlatego, że mój kierunek wcześniej zakończył sesję, w której właściwie mieliśmy tylko 2 egzaminy, a resztę pisaliśmy zanim jeszcze nastała sesja.. No więc mimo, że 3 tygodnie to zleciało, jak z bicza strzelił :( Pierwszy cały wolny tydzień postanowiłam leniuchować i odreagować po zaliczeniach, jednakże nie było to do końca możliwe, gdyż w mojej głowie ciągle siedziała poprawka z matmy;/ tak czy siak, w domku miło się siedziało :) W drugim tygodniu pojechałam wraz ze znajomymi w góry do Zakopanego :) Co prawda tylko 4 dni, ale było świetnie :) Pomijając fakt, że zaliczyłam 1 porządną glebę na stoku, i to już pierwszego dnia! Hmm, no więc, pierwszy raz na nartach jeździłam 6 lat temu - byłam na obozie na Słowacji, i tam uczyłam się dopiero jazdy na nartach, od podstaw. Potem tak się złożyło, że już nie jeździłam, aż do tego roku. Trudno więc nie zapomnieć paru rzeczy po takiej przerwie. Pamiętam, że będąc na obozie, jeździłam zarówno pługiem, jak i równolegle, a instruktor bardzo mnie chwalił mówiąc, że już szybciej uczyć się nie da :P Do tej pory pamiętam, jak to się robi w teorii. No właśnie - w   t e o r i i. Bo na stoku ciężko panować nad nartami i prędkością, jeśli nie ma się wprawy. Wiedziałam, że muszę najpierw pozjeżdżać duuużo razy z najmniejszego stoku. Jednakże nie wiem kompletnie czemu, już pierwszego dnia zgodziłam się na propozycję ziomków, żeby zjechać ze średniej wysokości. A właściwie może i wiem - na najniższy stok są największe kolejki, a zjazd trwa naprawdę krótko :(
No więc sobie wjechałam i ku mojemu przerażeniu, będąc już na szczycie, pode mną była prawie, ze pionowa ściana, po której miałam zjechać... z drugiej strony było mniej stromo, więc tam też się udałam, a tym stromym zjazdem tylko szusowały kolejne małe brzdące.. Cudowny widok - 3 i 4 latków jeżdżących na mini nartach :) Rozpływałam się na ich widok:) Wracając, zaczęłam zjeżdżać ze średniego stoku, ale nabierałam bardzo dużej prędkości, mój mega pług nie pomagał mi w hamowaniu, wiec nie miałam żadnej kontroli. Wszystko działo się bardzo szybko, więc nagle po prostu leciałam i spadałam ze stoku, nawet nie mam pojęcia jakie figury przy tym robiąc. Kiedy tak już całkiem wylądowałam na środku stoku, zobaczyłam, że moje narty zostały na górze... Nie miałam, jak po nie wrócić, bo cały czas się zsuwałam ze stoku;/ Ktoś uprzejmy (nawet nie wiem kto, i czy to nie był obcokrajowiec) zjeżdżając z góry zatrzymał się, pozbierał moje narty i mi podwiózł. Podziękowałam, ale nie usłyszałam, żadnej odpowiedzi, więc może jednak obcokrajowiec :P Ale mając narty koło siebie, ja dalej się zsuwałam, a one znowu na górze zostały. I weź tu zejdź! Przypominam, że siedziałam na środku stoku! Rozpaczliwie próbowałam wedrzeć się na górę, i wreszcie udało mi się chwycić te narty! No i co dalej?? Zjazd na tyłku na sam dół, z nartami i kijkami w rękach! :P hehe Na szczęście nic poważnego mi się nie stało, troszkę się tylko poobijałam, ale powiedziałam znajomym, żeby nawet mi nie wspominali, że chcą żebym ja tam znowu wjechała! Generalnie nie podobało mi się, bo już pierwszego dnia złe doświadczenie, a następne dni upływały pod znakiem małego stoku, gdzie zjazd trwał 2 minuty, a stanie w kolejce 30 minut;/ Dlatego jednak ostatniego dnia odważyłam się na ponowny wjazd na średni stok, i powoli, pługiem jakoś jechałam :) Przez ostatnie dwa dni padał śnieg, więc jeździło się duużo wolniej (na szczęście) :) A żeby nie było! - wjechałam i na najwyższy stok, ale już bez nart, i sobie po prostu zeszłam! :P hehe Podsumowując na stoku - 1 wywrotka. A L E ! to nie koniec:) bo zaliczyłam jeszcze 2 ale... na mieście :P 1 na chodniku - poślizgnęłam się, przewróciłm, podniosłam, poszłam dalej :P Generalnie to zakopiańskie chodniki to masakra o tej porze roku - wyobraźcie sobie chodnik, na nim warstwa lodu, a na niej warstwa śniegu - i jak tu iść? :P Drugi upadek - oj to był ubaw dla innych. Gdzie? Na środku Krupówek!! Zagadana z koleżanką Kasia nie zauważyła, że wchodzi na ślizgawkę, no i buuum! Leży jak długa. A ludzi na Krupówkach "jak mrówków" - sezon przecież. Mało tego, chodzi tam sporo poprzebieranych misiów i innych tgo typu pluszaków (wiecie o co chodzi? chca robić zdjecia itp), no wiec taki miesiek widział mój upadek i na całe Krupówki - "NO I ZŁAPAŁA ZAJĄCA!" osz kurcze :P w przyrodzie nic nie zginie:P no to mówię, że no złapałam, ale uciekł, a on mnien wyściskał na pocieszenie :P haha no ale to był bolesny upadek - ręka, udo, ajć..:P
Tak więc narty oraz 4 kilometrowe spacery na Krupówki - pod tym znakiem minął nam wyjazd:)  No i pod znakiem jedzenia - bo porcje, jak to w karczmach - mega, ale za to pysznie było :P hehe

W świetnej karczmie z góralską muzyką na żywo - mogłabym tam być codziennie,!
(pod warunkiem, że dawaliby mi połowę porcji:P

Dom do góry nogami :)

Zakopiańskie ławeczki :P

Na saaaamej górze :P

Sypnęło śniegiem troszkę :P

Kogoś bym rzuciła - kto chętny?:P

urocza chatka:)



Przed wyjazdem jeszcze miałam zrobić wpis na temat farbowania włosów henną, nawet zrobiłam zdjęcia specjalnie! Ale czasu mi jakoś zabrakło:/ Tak wiec, wkrótce postaram się zrealizować ten wpis, a także pokażę co kupiłam w ostatnim czasie, bo troszkę mi się tego nazbierało, a także udało mi się upolować 2 rzeczy, które baaardzo bardzo chciałam mieć! :) Jak się w końcu zmobilizuję to też pokażę, mój największy "łów" z wyprzedaży :P A tymczasem uciekam, bo jutro muszę wstać raniutko, bo o 5.30, a chciałam w końcu iść wcześnie spać! jednakże też chciałam, już od dawna zrobić kilka wpisów, ale ciężko z czasem było:/ Prawie przez cały tydzień późno wracałam do domu:(

Do następnego! Buziaki! :)


PS Sprawy au-pairowe nadal są u mnie aktualne! Szukam oferty na summer au-pair, ale nadal się zastanawiam czy jechać na własną rękę (mam konto na aupair-world.net ale jakoś opornie idzie to szukanie rodzinek:/) czy skorzystać z agencji (mam na myśli happyaupair). Wiem, że wyjazd tylko na lato, i to do Europy - niezbyt się opłaca z agencją, a przynajmniej tak uważa większość dziewczyn... ale boję się, że nie znajdę rodzinki:( chociaż chyba dopiero teraz zaczną się "żniwa" w tej kategorii :P widzę, że coraz więcej nowych rodzinek się pojawia na aupair-world.net